mydziecisieci blog

    Twój nowy blog

    prosze wypelnic kupon i zaplacic 999 pln, a wyslany zostanie magiczny medalion pozwalajacy wstapic do naszej Organizacji i uzyskac prawo do dalszej dystrybucji magicznych medalionow.

    jednoczesnie przestrzegamy przed Polska Organizacja Do Wyciagania Kasy Od Chorych, Starych i Naiwnych, ktora oferuje falszywe magiczne medaliony – jedyne prawdziwe magiczne medaliony sprzedajemy my, czyli Polska Organizacja Do Wyciagania Kasy Od Naiwnych, Starych i Chorych.

    prosimy uwazac – oszustow nie brakuje!

    uwaga! tu mowi alinka! bloguje do was z innej planety, oddalonej od ziemi o poltora roku lotu statkiem  kosmicznym, dokad z pomoca zyczliwych obcych udalo mi sie uciec.
    pisze teraz zeby ostrzec was przed grozacym niebezpieczenstwem. ziemie spotka zaglada, konkretnie wielka wojna nuklearna wszystkich ze wszystkimi, a mowiac jeszcze scislej, kazdy kto ma jakies rakiety wystrzeli je w strone, ktora uzna w chwili histerycznej paniki za najbardziej odpowiednia. nawet sie dobrze nie zorientujecie o co chodzi, bo internet padnie w pierwszych minutach konfliktu, a w poltorej godziny bedzie po wszystkim. bez dogrywki. grzyby wyrosna na niebie jak meteoryty w czasie deszczu, a swiat przeminie na nim jak lzy.
    ale jest nadzieja! znam sposob na zagwarantowanie bezpiecznej ewakuacji na syriusza i chetnie udziele go, ale jedynie osobom, ktore zgodza sie bezwarunkowo wykonywac moje polecenia i wplaca na podane im przez emaila konto w paypalu. reszta niech zginie! liczba miejsc ograniczona. atrakcyjne pakiety dla calych rodzin, znizki dla mlodziezy i emerytow, jest mozliwosc podrozy w klasie biznes.
    i nie myslcie ze jest to nachalna promocja mojej nowej napisanej w jezyku angielskim ksiazki „how to survive an intercontinental nuclear exchange”, ktorej ebookowy egzemplarz otrzyma kazdy kto wplaci mi na paypala. nie jest to jakas zwykla broszura, ale liczace 1518 stronic obszerne kompendium ze szczegolowymi wskazowkami jak postepowac, aby uniknac tego co was czeka. polecam wszystkim marzacym o przetrwaniu i dalekich podrozach.
    o mojej rzetelnosci niech swiadczy to, ze nie probuje zmyslac nieprawdziwych pretekstow typu, ze trafilam tutaj i zaginelam, potrzebna zrzuta na przeszczep, bilet lub paliwo do rakiety powrotnej, czy cos takiego, tylko mowie prawde.
    przy okazji gratulacje dla legii za wyeliminowanie spartaka moskwa i awans do ligi europejskiej!

    dnicipki03.jpg

    dnicipki02.jpg

    moje najwieksze oburzenie budzi samo bezczelne istnienie handlarzy marihuany.
    jestem calkowicie przekonana, ze marihuana powinna byc wszystkim chetnym rozdawana za darmo.

    trzech towarzyszy wybralo sie do zoo.
    jednego najbardziej poruszyl ciezki los zamknietych w klatkach dzielnych lwow, dzikich tygrysow i raczych leopardow. drugim najbardziej wstrzasnela niesprawiedliwa dola dozorcy-staruszka pracujacego za marne grosze wsrod smierdzacych padlina bestii. a trzeciemu najbardziej ze wszystkiego doskwieral zakaz posiadania i spozywania pewnych roslin oraz substancji.
    i ten ci byl z nich wszystkich w glebi serca najwiekszym anarchista.

    - halt! halt! hendeho!
    - ech!ech!ech!
    - ratatata! ratarata! ratatat..
    - aaaah…
    - hahaha! hahaha! hahaha!
    - …

    [ ííí ]

    postanowilam uczcic go zabierajac po raz pierwszy w tym roku dwie butelki wina do lasu. pogoda byla jak nalezalo, przyjemnie wiosenna i szlam w rozpietej kurtce i luzno zwisajacym szaliku. w mojej dloni wesolo bujala sie siatka z butelkami, w kieszeni mile ciazyl nowy korkociag, czulam sie swietnie i prawdziwie wiosennie jak czerwony kapturek idacy przez las z winem do chorej babci. po tej uwadze czytelnicy ci, ktorzy mnie znaja i wiedza ze u mnie jak u hiczkoka – jesli na poczatku wpisu na scianie wisi strzelba, to pozniej musi wyjebac armata, domyslaja sie juz ze taka sielanka dlugo nie potrwa. w dalszej czesci notki nie bede sobie beztrosko szla lesna drozka, ale na mojej drodze stanac musi jakis bardzo zly wilk, a j@ pokonam go wykazujac sie mestwem, sprytem i korkociagiem. zdalam sobie sprawe z mozliwych konsekwencji takiego obrotu sprawy i zeby nie kusic losu oraz zmylic wszystkowiedzacego porteparole alterego zeszlam z lesnej drozki i podjelam wedrowke przelajowa w losowo wybranym kierunku. po kilkunastu minutach marszu dotarlam nad cicho szemrzacy strumyk, a moja uwage zwrocila rosnaca tam pewna kupa krzakow – ani mala ani duza, po prostu zwykla, sredniej wielkosci kupa krzakow jakich wiele rosnie po lasach nad strumieniami. a jednak z jakiegos powodu dalam sie skusic wlasnie tej, a nie innej kupie, weszlam do niej i zajelam dogodna pozycje z widokiem na wszystkie strony. ulozylam sie wygodnie na matce ziemi wyscielanej plackiem miekkiego mchu, wyjelam ostatni numer „bravo girl”, otworzylam pierwsze winko i zaczelam swietowac przy ruczaju nadejscie wiosny. kiedy zmeczylo mnie czytanie gazety, bylam akurat w polowie drugiej butelki i opierajac glowe o konar oddalam sie obserwacjom przyrodniczym.
    sledzilam zycie erotyczne budzacych sie z zimowego snu podmiejskich much, kiedy do moich uszu dobiegl cichy najpierw spiew, ktory wydawal sie przyblizac z kazda chwila. po paru minutach moglam juz wyraznie rozroznic, ze to nadciaga zorganizowana grupa dzieciarni w wieku wczesnoszkolnym spiewajaca utwor o wiosnie, widzialam jak na czele pochodu niosa na spalenie w ludowym rytuale kukle z gestym makijazem przedstawiajaca kobiete – istote symbolizujaca w tych stronach zime, zlo i nieszczescia.
    nie chcac dac sie tu zaskoczyc i narazic na przykrosci ze strony agresywnych opiekunek grupy, w kilku szybkich lykach dopilam pozostajace mi w butelce pol wina i wstalam. a kiedy wstalam wdychajac zbyt mocno uletnione wiosenne powietrze, zachwialam sie i stracilam rownowage, najwyrazniej jakby tracona przez cos duzego i szybkiego co wyskoczylo z krzakow i od razu zniknelo w nich po drugiej stronie. stalam oparta o drzewo i nasluchiwalam uwaznie. w suchym listowiu zaszuralo.
    - odyniec! – przemknelo mi przez glowe – najpewniej rozjuszona samica z mlodymi, ktora jesli pozwole jej przypuscic szarze na grupe pierwszakow niosacych marzanne spowoduje niewyobrazalna masakre!
    nie moglam do tego dopuscic i chociaz moja jedyna bronia byly gole rece i maly korkociag, bez wahania rzucilam sie w strone skad dochodzil szelest. odyniec jednak wykonal gwaltowny unik i uskoczyl w przeciwna strone kupy krzakow. nie odpuscilam i dalam za nim susa w te sama strone, aby wlasnym cialem zablokowac jego ewentualna szarze. wycieczka uczniow byla coraz blizej, odyniec jednak pozostawal nieuchwytny i nie potrafilam uziemic i obezwladnic blyskawicznie zmieniajacego pozycje knura.
    - prosze pani, prosze pani, cos sie rzuca w krzakach! – zakwilil dzieciecy glosik.
    - dzik! dzik! – zaczeli piszczec uczniowie klasy pierwszej a.
    przez chwile zanosilo sie na wybuch paniki, ale wrzawe przebila pani nauczycielka krzyczac pelne zdania glosem oburzonego rzecznika prasowego trzeciej rzeszy:
    - dzieci, dzieci, to nie jest dzik! to co sie rzuca w krzakach to jest zdegenerowana i wypaczona siedemnastolatka, ktora zamiast byc teraz w szkole, wypila tu dwa wina i stoczyla dzika walka z nieistniejacym odyncem!
    i nakazala:
    - szybko, przechodzimy dalej, utopimy marzanne w jakims innym miejscu!
    tupot malych nog o lesne runo oddalal sie szybko z miejsca zdarzenia, a j@ lezac z twarza zagrzebana w sciolce dyszalam i powoli dochodzilo do mnie, ze znowu nie udalo mi sie przechytrzyc narratora tej historii i zamiast po bohatersku zmierzyc sie z podstepnym wilkiem ktory czekal na mnie przy lesnej drozce, zrobilam z siebie wala walczac z wyimaginowania swinia, ktora mi ten narrator podlozyl.
    mimo wszystko pierwszy dzien wiosny uwazam za udany i ciesze sie, ze wielkimi krokami zblizaja sie juz dni cipki, ktore rowniez postanowilam uczcic winem i wagarami, chociaz swietowac je bede pewnie w jakims innym miejscu.


    • RSS