mydziecisieci blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 1.2003

    spieszmy czytac blogi,
    tak szybko sie kiepszcza…
    (jaco is back)

    wczoraj w nocy mialam dziwny sen.
    snilo mi sie, ze spie. w pewnym momencie budze sie z jednego snu, caly czas pozostajac w drugim (sny zagniezdzone, system windows), jest noc, jestem w swoim pokoju, w lozku. w drugim pokoju pali sie swiatlo i slychac rozmowe. wstaje, ide tam i co widze – w pokoju jest papiez, karol wojtyla, starenki, przygarbiony, ma na sobie sprany szlafrok i laczkowate kierpce z gor, oraz mlody mezczyzna sredniego wzrostu, szczuplej budowy ciala, ubrany w granatowe dzinsy, koszule koloru szarego, pozbawiony owlosienia glowy i uzbrojony w rewolwer.
    mezczyzna z rewolwerem mowi do papieza, grozac mu smiercia. ze sposobu w jaki sklada swoje zdania, wnioskuje, ze jest to szaleniec. na moj widok reaguje spokojnie, j@ tez spokojnie nawiazuje z nim dialog. rozmawiam o niczym konkretnym, facet co jakis czas powtarza, ze trzeba zabic papieza, papiez siedzi w fotelu i wyglada na mocno spiacego, albo jakby chcial pokazac, ze go cala sytuacja nie obchodzi. postanawiam uratowac papieza, co mi szkodzi.
    ten gosc z rewolwerem, to prawdziwy swir – mowi tak, ze mozna sie zorientowac, ze dobrze nie kojarzy co jest rzeczywiste, zaczynam opowiadac mu o roznych odpalach, na poczekaniu wymyslam, jak wy na blog, niestworzone historie, ktore go wciagaja i odwracaja uwage. czestuje go piwem wyjetym z lodowki. po piwku i kolejnym kawalku gadki proponuje, ze moge zadzwonic po pizze, bo mi sie jesc zachcialo. aby sie nie zorientowal wykrecam dwa razy: 997 997 i od pani oficer dyzurnej zamawiam dwie duze vegetariany bez cebuli, wyraznie podaje adres i mowie: „co, tak szybko bedziecie, tylko 7 minut, a-ha no to swietnie, czekamy, 19,80 jasne, dzieki.” odkladam sluchawke i prowadze dalej dialog ze swirem. za 10 minut sluchac stukanie do drzwi, otwieram i widze dwoch funkcjonariuszy bez pizzy, slucham chwile, daje polkroku na klatke i zaczynam glosno mowic: „jaka marynarska z bekonem, ja dwie vegetariany zamawialam! i po cichu: jeden uzbrojony! i znowu glosno: co wy myslicie, ze mi wcisniecie, ze moze w 7-9 minut dowieziecie cos innego, co ktos w rejonie najebany zle adres podal albo nie mial kasy? i po cichu: trzyma papieza na muszce, i znowu jazgot: nie odbiore tego, no po prostu nie odbiore kurna nie jem miesa trzecia w nocy a ja bez kolacji, bez sniadania co wy kurna! i po cichu: wrzuccie granaty ogluszajace i potem znowu glosno: dobra juz dobra, przywiezcie mi jeszcze raz, ale powiem wam, ze mnie wkurzyliscie! i najpierw jebnelam drzwiami, a potem zostawilam je lekko uchylone i wrocilam do pokoju. szaleniec i papiez siedzieli w milczeniu, pierwszy zlowieszczo wiercil oczami drugiego, ktory wzrok mial spuszczony i patrzyl jakby na dywanie lecial jakis nudny program o modzie. i tak siedzielismy w trojke, w milczeniu, j@, papiez i szaleniec, czekajac na pizze przez ladny kawalek czasu, az wlecialy granaty ogluszajace i sie obudzilam.
    zobaczylam na zegar, byla godzina 7:56, to mi sie snilo i od razu zapomnialam co.
    dalej przez caly dzien, wiecie zapieradalam z miejsca na miejsce, rozne akcje musialam wykonac i nie moglam myslec o niczym innym, tylko o tym, co robie teraz. wrocilam do domu zjebana, sprawdzialm poczte, wypilam pare browarkow i zachcialo mi sie jesc. mialam kupony na pizze i zamowilam vegetariane bez cebuli (jak zawsze). za 40 minut, stukanie do drzwi, stoi chlopaczek typu butthead z pudelkiem i mowi, ze jedna z bekonem i kola. mowie: „nie no butthead, jaki bekon, ja wegetarianska zamawialam”, a on na to, ze ok, przeprasza i czy chce zaczekac, zeby mi dowiezli. mowie, ze chce zeby mi dowiezli to, co zamowilem i moge zaczekac – wchodze do domu i jakos niechcacy pierdolnelam drzwiami. i od tego huku przypomnial mi sie sen z poprzedniej nocy! zasmialam sie tylko wtedy.
    za pare minut zadzwonil telefon z pizzerii (malej i nowej) i pani oficerka dyzurna pyta, co bylo nie tak. ja mowie: bekon. a ona: co mi sie w nim nie podobalo, a ja, ze ogolnie bekon mi sie nie podoba, bo zamawialem wegetarianska, a ona, a-ha przepraszam bardzo, nieporozumienie, zaraz naprawimy, prosze zaczekac, wyslemy expresowo. za pol godziny stukanie do drzwi, stoi chlopaczek typu beavis z pudelkiem i mowi, ze bardzo przepraszaja za nieporozumienie i zrobili mi wegetarianska z podwojnym bekonem i dokladaja mi kole.
    funny but true, a po polsku zenada
    a moze zycie jest jednak naprawde takie chujowe jak na blogach pisza?

    dumalam sobie jak bedzie wygladac blogowanie w wieku xxiv. mysle ze wtedy jezyk bedzie juz tak uzalezniony od sieci, ze w mowie potocznej (ktora tak naprawde nie bedzie potoczna, bo wszystko bedzie rejestrowane) nastapi zjawisko keywordyzmu i szyfrowania. dyktatura maszyn – rozumiecie, beda skanowaly kazda wypowiedz, dlatego cala ludzkosc, aby przetrwac zacznie grypsowac i codziennie tworzyc nowa jakosc. z kolei pisarze wyspecjalizuja sie w pisaniu opowiesci jezykiem wyszukiwarek i cyborgow kwerendujacych (bibliotekarka po wypadku z wszczepionym serwerem baz danych), aby dotrzec do swojej grupy targetowej – czyli dzisiejszych milusinskich czytelnikow. nic w tym dziwnego, kiedys ludzie naginali jezyk zeby byla rowna liczba sylab i sie rymowalo albo ogolny styl klasyczny obowiazywal, dzisiaj naginaja zeby wygladalo jak cos, co im sie w danej chwili podoba, juz niedlugo kazda wypowiedz bedziemy montowac tak, zeby odpowiednio – znalazla sie jak najwyzej lub nigdy sie nie znalazla na liscie zdan poszukiwanych i trafionych.
    osobiscie ja juz sie sama na to przestawiam, poniewaz kto szybciej zacznie, ten nagromadzi wiecej tekstow z wlasciwym zasobem slow odpowiednio powtorzonych na serwerze i stworzy sobie wiecej szans na trafienia, na download – a w konsekwencji jeszcze wiekszy sukces.
    same ksiazki beda wystepowac tylko w higienicznej wersji „e”, z opcja konwersji na pliki audio w wykonaniu znanych aktorow, piosenkarzy i modelek. w fabule znajda sie sprytnie wmontowane bajery, jakie dzisiaj wystepuja w szczatkowej postaci w dvd, tzw. extrasy – ksiazka z ciekawymi extrasami bedzie chetnie downloadowana. tresc ksiazek przetykana reklamami pisanymi na rowni z akcja, tzn dla koncernow otworzy sie mozliwosc sponsorowania bohaterow blogow czyli dawnych powiesci pod katem prowadzanego przez nich stylu zycia. nowa ksiazka np. laureata ostatniej waznej nagrody opowie wam historie o ludziach, ktorzy jezdzili dostawczymi samochodami, albo ubezpieczali sie na zycie w pierwszych rozdzialach i zyli szczesliwie, az do do wypadku kiedy pojawial sie agent i przeprowadzal bohaterow, ktorych juz zdazylismy polubic, przez niebezpieczny, ale w koncu jednak zawsze happy end, dawniej nazywany epilogiem, teraz ubogaconym o wskazowki gdzie i jak mozna uzyskac korzystna polise.
    ale cala sztuka polega na tym, zeby wymyslec zawczasu, ktore slowa beda kluczowe za pare lat, kto to bedzie potrafil przewidziec ten wygra. odpowiednikiem dzisiejszych: „sex, porno, playboy, opowiadania erotyczne, erotyka, sms, tapety, praca, mp3, pks, seks, pogoda, pkp, naturyzm, humor, gry, horoskop, modelki, robert leszczynski, lotto, chorwacja, galerie sex, gej, laski, opowiadania”. wielkimi hitami wieku xxiv, moga byc nastepujace propozycje: „awarie genotypu, bomby antyschronowe, chaos u DNAconverters, domiar zlego, epidemia microsoftu, fluidy spozywcze, gaz zapladniajacy, hodowle pigulek, inwazja chinczykow, jebane korki, kleska konsumpcjonizmu, legalizacja partenogenezy, mutacja jaco, neoneuronazim, oprogramowanie samoinstalujace „nightmare”, promienie smierci, rebelia serwerow, supersupermarket, uciekajace klony, wszy lonowe, zywe insektycydy i tym podobne”.
    zal mi tez bedzie niezwykle polskich znakow, ktore znikna zupelnie z komputerow.

    zakladajac, ze wszystko przebiegloby sprawnie i udaloby mi sie zrealizowac tajne zamierzenia @linki, moglabym wykupic ukochana z jasyru. wtedy bylabym prezesem klubu. mialabym wladze, moglabym dokonac wielu przemian. nie wdajac sie w szczegoly techniczne planowanych przez mnie rozwiazan – jaki bym stadion postawila, jakich transferow dokonala, czy jak rozwiazala kwestie odpowiedniej motywacji trenera i zawodnikow, opowiem teraz tylko o jednym usprawnieniu. jak mi sie zdaje byloby to pewnego rodzaju novum na polskiej, a moze i swiatowej scenie futbolowej.
    w moim klubie zorganizowalabym komorke do walki z dziennikarzami sportowymi. praca tej tajnej jednostki polegalaby na gromadzeniu dokumentacji na temat poszczegolnych dziennikarzy zajmujacych sie tematyka pilkarska w wiodacych redakcjach krajowych gazet, magazynow i portali. w bazie danych rozkazalabym trzymac wszystkie teksty jakie popelnil kazdy gryzipiorek od poczatku swojej nikczemnej dzialalnosci. co mowil przed wyborami, co po nominacji, co po mistrzostwach swiata. komu lizal dupe, komu plul w twarz i jak to sie potem zmienialo. wybrane jednostki, szczegolnie tych fiutow z ostatnich stron wyborczej, kazalbym sledzic, poznac doglebnie ich zycie prywatne, fobie, slabosci i nalogi. informacje te starannie segregowac i przechowywac w bazie danych, do pozniejszego wykorzystania w trakcie dzialan operacyjnych. po jakims czasie taka baza plus paru cwanych analitykow umozliwiloby mi przejecie kontroli nad tym, co zalosne pisarzyny sprzedaja redakcjom jako felietony i komentarze. przykladowo, jakis ignorant w rodzaju wolowskiego nie ma nic na wtorek, wiec pisze o moim klubie zle zdania za judaszowa wierszowke – sru i bach, nasza odpowiedz jest natychmiastowa, masz tu chuju prezent od prezesa mksu, specjalnie zredagowane notki trafiaja do redakcji i na prywatne e-maile odpowiednich ludzi, co ten gosc pisal wczesniej, jakie babole sadzil, jakie gowno podawal ludziom do czytania; cale dossier ukazujace przykladowego wolowskiego jako wypalonego deliryka, rutynowo produkujacego papki slowne z dyletanckich rozwazan o taktyce wielkich trenerow i luznych impresji na temat obejrzanych widowisk futbolowych.
    na nich padlby blady strach. musieliby ostro wziac sie do roboty, zaczac pisac rzetelnie, dlugo wazyc kazde slowo, szanowac prawde, czytelnika i jezyk polski, wiedzac ze jesli pozwola sobie na jakies frywolne i personalne wybiegi pod adresem zawodnikow, trenerow czy prezesow, spotka ich kara ze strony wielkiego brata, ktory wie wszystko o ich przeszlosci, zyciu, psychice i kochankach zapoznanych w meskich szaletach. kazda ich ulomnosc zostanie przez nasza komorke podana do publicznego wgladu, tak jak oni chetnie wyszukiwali niestniejace niedoskonalosci opisywanych przez siebie ludzi zwiazanych z futbolem polskim.
    oczywiscie po takiej lustracji wiekszosc tych miernot musialaby odejsc do gazet regionalnych zjadliwie pastwic sie nad sedziami b-klasy lub pozostac w redakcjach macierzystych ograniczajac sie do skrupulatnego preparowania zestawien statystycznych, typu kolumienki z liczba odbiorow, podan utraconych itd.
    ich miejsce zajeli by uczciwi ludzie bezkompromisowo opisujacy esencje futbolowej rzeczywistosci (np. ostry i jego koledzy – jak dla mnie pierwsza liga wspolczesnej polski). klub, dotujac ich wyjazdy na ciekawe spotkania i stwarzajac komfortowe warunki pracy umozliwilby im rozwoj i rozpoczecie nowej ery w opisaniu futbolu polskiego. to musialoby zostac docenione przez stesknionych do zywego slowa pilkarskiego czytelnikow, ktorzy porzucaliby istniejace obecnie gadzinowki, aby czytac o futbolu to, co uczciwie i ciekawie pisza jego prawdziwi pasjonaci, a nie rozgoryczeni absolwenci, ktorzy nie zalapali sie do dzialow polityka zagraniczna i kultura warszawy. ci ludzie mogliby stworzyc zupelnie nowa jakosc, odmienic obraz polskiej pilki, ktory dominujace dzis dupki uksztaltowaly w odstreczajacy melanz wiesniactwa, patriotyzmu i prymitywnej rozrywki dla fizoli, ktorych losy rzucily za biurka. mogliby tchnac w pilke wiecej prawdy, swiezosci i radosci. zamiast krat, pal i kacetow na kolkach, pojawilyby sie kolorowe baloniki, wozki z zimnym piwem i john frusciante z glosnikow. zamiast lysych grubasow z kielbasami, przychodziloby na mecze wiecej pieknych kobiet z dlugimi wlosami, aby kolysac sie, klaskac rytmicznie i powiewajac szalikami tworzyc niepowtarzalna atmosfere pilkarskiego swieta.
    nowe media pilkarskie mowilyby prawde i nie niszczyly za byle co pilkarzy, zwyklych ludzi, ktorym zdarza sie – jak kazdemu! – zbladzic w nocy na dyskoteke i wypic pare browarow. kto z nas ani razu nie zbladzil w nocy na dyskoteke i nie wypil paru browarow!
    nowe media pilkarskie niszczylyby skurwysynow dzialaczy, zlych prezesow, skorumpowanych urzednikow, zbowidowskich zombie dzialkowiczow i kupcow stragannych blokujacych rozbudowe stadionow; niszczylyby bezlitosnie opor wszystkich malodusznych, zlosliwych kibicow wlasnego ogrodka z telewizorem i sztuczna trawa.
    takie sa moje mysli w przeddzien zamkniecia klubu, ktoremu kibicuje.

    czy znacie ‘noc swietego @domasa – legende o zacnym hackerze’? a to posluchajcie. byl raz sobie czlowiek antyfaszysta, ktory mial najdluzsze wlosy w miescie pod bydgoszcza i byl niezwykle dobry. pewnego dnia kiedy wracal z przystanku woodstock, gromada skinow z grodziska wielkopolskiego napadla jego dziewczyne i on stanal meznie w jej obronie doznajac groznej kontuzji kregoslupa. lekarze nie dawali mu zadnych szans, jednak on przetrwal, chociaz na zawsze juz mial zostac przykuty do komputera. w krotkim czasie kazimir zglebil tajniki hackierskiego fachu zostajac cenionym czlonkiem polskiej sceny crackerskiej, lamiac m.in. jednoczesnie z jednym chinczykiem kody do oficjalnego programu zarzadzania mistrzostwami swiata w rugby organizowanych przez aleksandra lukaszenke i witryne wojsk ochrony pogranicza iraku. jednak zorientowal sie szybko, ze nie tak nalezy pozytkowac nabyta wiedze i wybitne umiejetnosci, ale trzeba czynic cos dla ogolu ludzkosci.
    naonczas jednak nie wiedzial jak spozytkowac te wiedze i do czego zastosowac umiejetnosci; kazimir w przebraniu za zwyklego uzytkownika dialaupowego tepsowicza krazyl po blogach i dokonywal komentarzy z miodu na serce lanych. pisal cieplo i zrozumiale o sprawach, ktorymi zyl lud, zagubionym radzil, zatroskanych pocieszal, wystarszonym dodawal krzepy, debilom podpowiadal, skurywsynow naprostowywal, napalone studzil. zbyt czesto jednak trafial na pokazy nieudolnosci budzace szyderczy smiech u aspirujacych do warszawskich elit konkurentow i serce mu sie krajalo.
    po rekolekcjach u salezjanow w ferie zimowe, kazimir postanawil stworzyc fikcyjna postac, ktora hackuje sie i przyjmuje postac alter ego adomasa, znanego admina – postac te lud nazwal @domasem na czesc pierwszej konwersji alinki w @linke miedzy witrynami dentro–>mydziecisieci. @domas krazyl podobnie jak kazimir w tepsowym przebraniu po blogach i kiedy trafial na wpisy razaco nieudolne czy wrecz osmieszajace ich autora, w dobrej wierze hackowal takiego bloga, pod oslona nocy i falszywego IP wlamywal sie do systemu notek osobistych zabezpieczonych jedynie prostym haslem (ewidentna wina adomasa – przyp wit zelazko) i gimnazjalistom poprawial bledy ortograficzne, studentom szlifowal jezyk na gladkie zdania, blondynkom sprytnie wplatal slady przemyslen, gotom zageszczal mrok, poetom czesal wypowiedzi. zaczely sie rowniez pojawiac rozne usprawnienia technologiczne w dziedzinie funkcjonowania systemu, napisane w stanie pasji programistycznej, przypisywane przez ogol szczodrobliwosci adomasa.
    @domas dzialal za cichym pozwoleniem adomasa, ktory puszyl sie w cieniu zaslug za uczynki, ktore w rzeczywistosci byly dzielem dlugowlosego kaleki spod bydgoszczy. po pewnym czasie doszlo do tego, ze adminem, skrypciarzem i dobrym panem byl @domas, natomiast adomas – niedobry margrabia – zajmowal sie wylacznie opracowywaniem nowych systemow zdzierania oplat z poddanych i eksperymentami na konfiguracji serwera wykonywanymi w stanie nietrzezwym, co szczegolnie po nocach owocowalo licznymi awariami bloga polskiego.
    aby oslodzic gorycz rezimu cenowego i ogolnej niestabilnosci czesto mlodocianym uzytkownikom, @domas w koncu zaczal sie posuwac do tego, ze sam wpisywal boskie notki, od ktorych wszystkim miekly rury, a wlasciciele blogow udawali, ze to oni tak ladnie sami napisali, a nawet czesc z niech wierzyla w to naprawde. blog rosl w sile i popularnosc, coraz wiecej uzytkownikow rejestrowalo sie, aby kulawo opisac swoje lajno codzienne i nad ranem odkryc, jak madrze oddali w pieknych slowach swoje sliczne zywota.
    sielanka trwala, az pewnej nocy @domas natrafil na blog, ktory nim potrzasnal. kiedy odkryl, ze blog ten nalezy do szalikowca groclinu, pseudonim „niedopolak”, na podstawie linkowanych obrazkow dotarl na strone domowa niedopolaka i zobaczyl na zdjeciu, ze to ten sam bloger, ktory przetracil mu kark, w czasie pamietnych wakacji 98.
    teraz, podobnie jak wtedy, tez byly wakacje, slonce zachodzilo, zza okna dobiegaly ptasie odglosy, dzieciece wrzaski i montonne lupanie pilki o asfalt. @domas jezdzil nerwowo po pokoju, aby po dlugiej walce wewnetrznej i rozsadnych namyslach, podjac dezycje, ze nie bedzie sie mscil na niedopolaku, nie skasuje mu bloga, nie umiesci na nim tresci osmieszajcych, nie wlamie sie do jego maszyny i jej nie spacyfikuje, zmiast tego uczyni blog niedopolaka najlepszym wielkopolskim blogiem kibolskim. i tak tez uczynil, pracujac przez cala noc, piszac elegie o rasiaku, prusku i prezesie drzymale, wklejajac gify, nadajac blogusiowi dyskobolski charakter, az nastal ranek dnia nastepnego. wylogowal sie tedy @domas i wstapil do niebios, w swietlistej poswiacie na oczach sasiadek wszedl w rozjarzony promien strzelisty wystajacy z chmur i powedrowal prosto do raju na wlasnych nogach. od tamtej pory na pamiatke owego wydarzenia swiety @domas zstepuje co roku na ziemie i bloguje przez cala noc, poprawiajac niedostatki naszych dzienniczkow.
    jesli ty drogi blogerze czy blogerko bedziesz dobry i uczciwy, masz szanse ze rowniez na twoj blog zawita swiety @domas i sprezentuje ci poprawe jakosci.

    poswar1.jpgrobert stanislaw cieslak
    s. aleksandra
    ur. 13.11.1973
    wzrost 175 cm, wlosy rude krotkie, sylwetka muskularna, tatuaz na prawym ramieniu w postaci skorpiona
    mor info www.policja.pl

    wiem, ze lubicie ciekawe historyjki, wiec opowiem wam jedna.
    byla raz sobie kobieta, ktora zatrudnienie znalazla w urzedzie miejskim, wydzial ochrony srodowiska, komunikacji albo cos takiego. paprocie, papierzyska, papierochy, tlumione chichoty, tlumy petentow, oceany kofeinowych naparow – wiecie o co chodzi – chodzi o zwykly urzad. pewnego dnia nadeszly urodziny, ktore pani ta obmyslila obejsc hucznie w gronie najblizszych urzednikow oraz przyjaciolek z osiedlowego kolka wiedzm, do ktorego nalezala. dzien przed uroczystoscia, ta pani upiekla w piecu dwa torty, z ktorych jeden mial trafic na stol w domu podczas imprezy z przyjacioleczkami, a drugi zaniesiony do pracy uczestowac kolegow i kolezanki z urzedu. pech chcial, ze nasza bohaterka pomylila torty i ten ktory miala zjesc po poludniu z czarownicami, trafil na imprezke w pracy. co za roznica – zapytacie. zasadnicza kurwa! ciacho spreparowane na domowke mialo zacna zawartosc niderlandzkich trojhydrokanabinoli, a te do pracy to zwykla bula z kremem i orzechami. nie minela godzina jak sie zaloga urzedu miejskiego najadla i zaczela usmiechac dziwnie, panowie zawadiacko poluznili krawaty, panie niebezpiecznie porozpinaly dekolty, zarty stawaly sie coraz smielsze, surowy kierownik wydzialu utracil zwyczajowa powsciagliwosc i raczyl biesiadnikow popisami wokalnymi, jego zastepca, ktory zjadl tylko kawalek, albo mial cukrzyce i nie jadl w ogole, napominal i nawolywal, ale nikt go nie sluchal, wszyscy sie smiali, robili glupie miny i smiali sie coraz bardziej i robili coraz bardziej glupie miny. az do momentu kiedy zaczeli sie reflektowac – sami siebie, jeden drugiego wprawiali w zaklopotanie i chowali po katach, spowolnionymi ruchami pokladali jak liscie w lepkie bloto, chylkiem wymykali do domu, strzygac oczami mowili goodbye i juz ich nie bylo.
    dzien po imprezie solenizantke zwolnili z pracy i podali do sadu, a cala sprawe opisano w gazecie, czyniac skandal i larum wielkie, pietnujac urzedniczke jako wiedzme i dywersantke zniszczyli jej zycie spoleczno-urzednicze. jej dalsze losy osobnicze nie sa mi znane.
    historya autentyczna.

    zbiorki mamy raz w tygodniu.
    bylam dopiero raz, ale ludzie wydaja sie ciekawi, a atmosfera sympatyczna.
    u paczow ogolnie wszystko po staremu – kobiety gotuja, mezczyzni gonia po lasach lub odpoczywaja. historie sa proste i dotycza glownie przetrwania – bez zbednych rozterek metafizycznych i prob analizy.
    nie uzywamy radia, telewizji, ani mydla i nie jemy w mcdonaldsie.
    musze sie dowiedziec jak tam u nich z blogami, bo jesli sie okaze, ze apacze nie blogowali, to zegnajcie blade twarze! wybieram wolnosc!

    czytelnikom przypominam, ze wlasnie zyjemy we wspolczesnosci—gdyby ktos nie wiedzial, jest to tajemniczy okres w dziejach ludzkosci, w ktory patrzyli z nadzieja lub strachem nasi przodkowie, a ktory z podziwem i nostalgia beda sobie wyobrazali nasi potomkowie.
    moznaby zrobic cos fajnego przy tej okazji.

    zjedli wszystko


    • RSS