mydziecisieci blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 3.2003

    graal jest gdzies w internecie
    klikajcie a znajdziecie

    pozdrawiam moich prawdziwych czytelnikow. czytelnikow falszywych, ktorzy tylko udaja, ze sa moimi prawdziwymi czytelnikami – oficjalnie potepiam.

    tak mnie ponioslo troche i w mojej weekendowej trylogii odwalilam kawal solidnej blogowej roboty! dawno moj blogus nie nosil tak rowno spisanej rzeczywistosci, czyta sie jak relacje minuta po minucie z meczu lotwa-polska. bez wydziwien, bez kombinacji, ucieczek, wycieczek i fikolkow, opisalam tak jak bylo i zamiescilam to na blogu. i to paradoksalnie jest wielkim zaskoczeniem, bo nie spodziewalam sie czegos takiego po sobie! nie wiedzialam, ze takze na to mnie stac, ze bede zdolna cos takiego napisac, a jednak sie udalo! uou o-ooo-oo @linko ejao!
    a w kwestii zakonczenia, zeby nie bylo ze sie tylko „przypierdalam, a nie konstruuje”, jakis moral czy cos, to powiem moze tak:
    jezeli nawet ktos sie wkreci albo podepnie albo schowa w stylowym wnetrzu wlasnego apartamentu, w najdrozszych ubraniach, samochodzie, modnym lokalu w dobrym kurorcie czy za ekskluzywnymi kulinariami, za nagrodami, tytulami i pozycja swoja albo swoich krewnych czy uroda i talentem swoich dzieci, to i tak mozna jednym spojrzeniem, slowem, albo usmiechem zamienic go z powrotem w malego, pustego, niepewnego i zagubionego dupka, ktorym w rzeczywistosci jest, skoro musi sie pompowac takimi zabobonami i gadzetami. ale jezeli ktos nie padl ofiara hunskiej korby, nie musi nic takiego pokazywac, moze sam w spokoju spozywac swoja miske soczewicy i bawic sie zajebiscie albo moze w podartych ubraniach isc w deszczu ochlapywany przez samochody i moze czuc fontanny radosci, to jesli jest na prawde wolny od hunskiej korby, nic i nikt nie moze mu tego zabrac.

    @linka u hunow [afred szklarski remix]: u hunow panuje obyczaj gotowania potraw. kobieta (ostatnio coraz czesciej mezczyzna) przygotowuje, zaproszeni smakosze czekaja. z wizyta wybralam sie w niedziele i jak zapowiadalam w relacji o piatkowej inwazji pasibrzuchow, trafilam na kolejne spotkanie z kuchnia swiata w wykonaniu pani i pana, ktorzy kupuja zamorskie swinstwa i wg instrukcji drukowanych w „twoim stylu” wykonuja z nich formy spozywcze a la francese czy italienese jednakowoz chujowese. na ogol te formy przyjmuja postac polmiekkich gul zatopionych w rybim kleju o egzotycznej nazwie i to sie je potem ze specjalnych spodkow. albo tez szykuja jakies znane jedzenie, ale na stoisku delikatesowym w supermarkecie kupuja oryginalne sloiki z oryginalnymi skladnikami i w kuchence marki polar czy amica preparuja dla nas oryginalne hinduskie lub oryginalne azteckie pierogi. wystawiaja tez wino specjalistyczne, indywidualnie zalecane pod sos o nazwie klubu wloskiej ligi regionalnej, a reklamowke z moimi puszkami z piciem, wstydliwie upychaja w lodowce. i tak siedzimy i jemy i udajemy, ze nie udajemy.
    bo wlasnie u hunow niezwykle wazne sa tradycyjne formy rytualow nieznacznie modyfikowane na potrzeby dostosowywania do obecnie panujacych norm zachowania na danym terenie. ograniczenia dotycza roznych dziedzin, np. lista plyt, ktorych nie mozna sluchac podczas jedzenia jest bardzo dluga, nie wolno tez kilka razy wstawac i wracac, ani zajmowac sie innymi czynnosciami, nie wolno prowadzic dyskusji na tematy, ktore moga choc nie musza, nasuwac skojarzenia wizualne natury drastycznej, obscenicznej badz zawierajacej materialy lub przekazujace tresci powszechnie uznawane za oburzajace. jedzenie jest praktycznie obowiazkowe, czlonek grupy odmawiajacy jedzenia moze w niektorych wypadkach wylgac sie pod pretekstem kolki lub sraczki rzadziej kaca i jest izolowany w kacie za gazeta albo nawet odsylany do innego pokoju i traktowany jako ofiara nieszczescia badz tez wrog spoleczny.
    tej niedzieli trafilo sie „piekne deszczowe popoludnie nasycone po brzegi oporu bogatym asortymentem tajemnic i obietnic”, szczegolnie milo spedza sie takie dni spacerujac z gandzia po pustych parkach, albo kiedy chowamy sie w jakiejs polotwartej niszy skad mozna obserwowac deszcz, pijemy piwo i rozmawiamy o niezwykle waznych sprawach. teraz jednak wchodze do wysprzatanej na wysoki polysk, sterylnej i hermetycznej chaty hunskiej, gdzie pachnie czosnkiem i detergentami, w rogu salonu gra telewizor, a na srodku glownej sciany wisi oryginal – kwiaty w wazonie. po oficjalnym powitaniu zostanie mi wskazany fotel, do reki wreczony kieliszek (biale bo malgos szykuje cos, co sie je z bialem), pan domu hun wyjasnia, ze wlasnie cos tam sie konczy dusic w rondlach i musimy „troszeczke zaczekac”, a on w tym czasie zabawi rozmowa albo pokaze ile maja kanalow w tv. hun rozmawia i pokazuje, co jakis czas jednak jest odwolywany przez swoja kobiete z kuchni, zeby spelniac poslugi zwiazane bezposrednio z procedurami przygotowania pozywienia: mezczyzna asystujacy zajmuje sie glownie obrobka, skrawaniem i krajaniem, odkrecaniem lub przykrecaniem, tluczeniem, walkowaniem, degustacja i weryfikacja oraz czasami dostaje bardziej samodzielna role jako junior assistant sandwich designer. jesli w danym domostwie sztywny podzial na role plciowe jest zachowany przy jednoczesnej polaryzacji rol kulinarnych i to mezczyzna pelni funkcje glownego specjalisty od termicznej obrobki produktow spozywczych (kucharza hunskiego), to kobieta na ogol nie jest zatrudniana do zadan pomocniczych, co moze sugerowac, ze w niedlugim czasie bardziej wszechstronni i jednoczesnie samowystarczalni mezczyzni hunscy przejma calkowicie te funkcje i jesli nie wyjdzie zadne kontrnatarcie ze strony ruchow feministycznych, kobiety hunskie moga zupelnie zniknac z kuchni i utracic zdolnosci czy nawet prawo do rownej walki o podziw i pochwaly gosci.
    kiedy mija troszeczke, siadamy do stolu centralnie w stolowym i pani hunowa przynosi z kuchni najrozniejsze dziwadla, przystawki, plyny, desery i – dzisiaj skromnie – mowi, siedzimy tak przez dwie i pol godziny, pochylajac i podnoszac glowy, hunskie odzywki „moze jeszcze, a na pewno?” w tym czasie na zewnatrz przestaje padac deszcz i wychodzi slonce, wojska koalicji zblizaja sie o kilka kilometrow do bagdadu, liverpool pewnie wygrywa z leeds 3:1, rozni ludzie, ktorych kiedys spotkalismy na wakacjach albo w samolocie, dokonuja przelomow technologicznych, nagrywaja i sluchaja nowej muzyki, leza zaczytani w hamakach, wedruja w poprzek gorskich szlakow, wyprowadzaja sie raz na zawsze do innych krajow, schowani w polotwartej niszy pija piwo z kolegami, a my siedzimy w hunskiej chacie, jemy lody w syropie i pierdolimy o niczym.
    nie chcialam sie z nimi klocic bo przede wszystkim bylam tam sluzbowo, a po drugie oni i tak by nie zrozumieli. pewnie mysleliby ze mi nie smakuje i byloby im przykro. albo mysleliby ze jestem chamskim i prostackim dziewuszyskiem praktykujacym diete frytkowa i sie nie umiem poznac na kunszcie dodawania liscia bobkowego i krecenia melasy.
    a nalezaloby, zeby rozumieli. rozpatrywany przypadek nie jest przypadkiem kury domowej, ktora gotuje, bo od wielu pokolen byla na to przygotowywana, na gotowanie, pranie, sprzatnie, strzyzenie dzieci i dawanie kurom o swicie i wszystkie swoje obowiazki wykonuje z jednakowo bezrefleksyjnym zaangazowaniem jak czynnosci higieniczne czy fizjologiczne. nie jest takze przypadkiem profesjonalizmu, rezultatem treningu czy spontanicznie zamanifestowanego talentu czy nawet nie jest nieudolnie uprawianym zamilowaniem. jest za to przypadkiem hunskiej korby.
    hun na korbie powodowany jest jej wymogami, a glownym motorem, ktory nakreca te korbe jest ciagly przymus pokazywania. hun, obojetnie czym sie bedzie zajmowal, zawsze zadba o udekorowanie swoich dzialan elementami pokazowymi. jesli chodzi o gotowanie, to taka nawiedzona autorka baszamelu albo zura nie ma za bardzo nic poza tym do pokazania, a mimo to jest przekonana, ze musi cos swiatu pokazac, czyms zaskoczyc gosci, urzec ich, zostawic w nich jakies moze niezacieralne wspomnienie, moze zazdrosc czy nawet podziw. i stad zabiera sie za cos, co wydaje sie, ze w miare latwo w domowych warunkach uda sie wykonac na mistrzowskim lub trudnym do jednoznacznego zweryfikowania poziomie, jesli nie bedzie to gotowanie nowatorskich frykasow, to na ogol dekoracja wnetrz albo doradztwo na jakis temat.
    czy taki finezyjny kuchcik amator, ktory nie jest prawdziwym kucharzem, jest na ogol inzynierem na codzien nadzorujacym procedury gotowania asfaltu i lubi pojsc sobie w niedziele do supermarketu i kupic kawalek osmiornicy, sorgo, pataty i ziolo z wysp bergamutow, upitrasic to i zjesc i poczuc troche kawalek wielkiego swiata czy posmakowac zapachu egzotyki albo swojskie skwarki z grzybami sadzi czy jakos tak. nie mozna zabraniac inzynierom, ze sobie w niedziele przy patelni popuszcza wodze fantazji. ale krol jest nagi i nikt z gosci nie chce glosno zauwazyc, ze te lewe podroby w sloikach, odtworzone wg receptury znalezionej w internecie (ask google how to prepare an octopus) to dla mnie – blogerki nawyklej do potraw prostych, sprawdzonych i naturalnych, a jednak z niejednego pieca pizze jadlam, to najczesciej wychodzi, bez urazy drodzy moi fani kuchni tysiaca smakow, wiazanka goracych rytmow latino w wykonaniu orkiestry jednostki wojsk powietrzno-desantowych w legnicy na kolobrzeskiej estradzie, ktora stworzyla niepowtarzalny klimat karaibskiej fiesty, rozgrzala atmosfere i wciagnela publicznosc do zywiolowej zabawy. rownie zywiolowy entuzjazm wyzwalaja we mnie dania z dziwnych zwierzat, do ktorych najebano w chuj czosnku i brazowych proszkow jakie prezentuje dwudziestopiecioletnia joanna c., kobieta gotujaca, bo ostatnio u tesciowej jadla i jej bardzo smakowalo, to ona myslala, ze j@ tez lykne, bo to robila w taki sposob, ze najpierw zdjela z pomidorow skore i mi to wszystko opowiada przez dwadziescia minut, zebrani nurzaja widelce i wymieniaja uwagi, wszystkie uwagi sa pozytywne, jest takze kilka pytan z dziedziny technologii, oczywiscie jakies panie beda chcialy koniecznie odpisac recepture – to jest tak ustawione, ze nie mozna przejsc obok tego, nie mozna tez przyjsc i nie zjesc, albo szybko zjesc, wytrzec sie serwetka i zapomniec te wymuszone wykwity inzynierskiej fantazji, trzeba je godzinami celebrowac, az sie kucharstwo upewni, ze goscie dawno juz nie jedli takiego zuru i ze nawet nie przypuszczali, ze mloda osmiornica jest tak wspaniala, a deser to byly delicje.
    ale tez trzeba zaznaczyc – zupelnie co innego takie spotkania z prostym ludem, gdzie wchodzi miastowy pod strzeche i uruchamia serca chlopow gotowych od razu swinie bic i odszpuntowac beczki z kapusta na zime (ejze kobieto, elzbieto, gosci przecie mamy! naszykuj no chleba z kielbasa, a margaryny nie zaluj! ruszajzesie! ruszaj!), a takie hunskie snobistyczne obiadki proszone gdzie brzdakaja widelczyki i uwagi o konsystencji sosow wymieniane sa na sekrety planszowania kalafiorow. plynie z tego energia i prawda jak z konwersacji pedalow rozmawiajacych w poniedzialek o wieczorkach poetycko-jazzowych w klubie feministek (ale basik chodzil) czy tego typu cieple pierdy, dzialaja na czlowieka jak trujace gazy wydobywajace sie z nagle otwartego tunelu, ktory byl szczelnie zapieczetowany przez tysiace lat.
    na zakonczenie polecam serie antyhunskich dan kombinacyjnych regionalno egzotycznych ze smialych skladnikow, ktore kazda gospodyni domowa w prosty i niezawodny sposob moze sama przygotowac, aby naprawde zaskoczyc swoich gosci: pancakes of pork lard in orange aspic, lukewarm kashanka with yellow fake mustard and beetroot bread, scrambled balls of an old he-goat fried on honey, spruce cons & rowan berries free style impromptu, old blue vine cheese and rice with toothpaste, bats’ kidneys and fish eye pickles, onion ice-tea with horse raddish cream, sour’n’sweet cabbage confiture with chocolate toping, caviar of german soldiers, bloody soup of hirsute moths, live lobsters puffed with boiling garlic liqueur. do tego szampan mcwilliams river gum south eastern australia brut reserve, w cenie 8,90. (ten akapit mialby byc po francusku, ale i tak nikt z nas go nie zna, dlatego musicie to sobie tylko wyobrazic, ze jest po francusku).
    koniec.
    pe es, uno dos tres: real dopisal postskriptum do bloga pt: „poparzenia wewnetrzne pierwszego stopnia odniesione podczas gotowania obiadu”:
    jeden kolega, prowodyr tych co mi w piatek okupowali kuchnie, w niedziele zostal w domu zeby gotowac fasole na obiad dla swojej narzeczonej i cos tam zamotal przy garze, dotknal sie do goracego metalu i w odruchu samoobronnym miotnal lyzka, ktora gmeral w fasoli, a jedno wrzace ziarno wskoczylo mu do nosa!
    teraz nosi na nosie czerwone znamie wielkosci nomen omen ziarna fasoli.
    uwazam, ze to symboliczny wymiar kary, jaki wymierzyla mu wyzsza sprawiedliwosc za to, ze nie swietowali niedzieli srod tancow, spiewow i wielu magicznych wydarzen, ktorych zaznalam w dalszej czesci tego dnia, po opuszczeniu hunskiego gniazda, jakich jednak tu nie opisze, bo blog to kurwa.

    po piatkowym najsciu bylam very antisocial. mimo to jednak wyskoczylam na miasto w sobote wieczorem, poniewaz znajoma formacja grala koncert w jakiejs hali fabrycznej przerobionej na schylkowy klub. ten zespol to naprawde wielka muzyke prezentuje – rzadko zdarzalo mi sie rozpijac browarki z kims, kto takie rzeczy robi, bo moim zdaniem poziom – techniczny, pomysly, wszystko – jest taki, ze w kazdej chwili mogliby wjechac do jakiegos mtv i zrobic tzw furore i tak pewnie kiedys sie stanie, jesli sie nie pokloca. dostalam przywilej projektowania ich serwisu www, to podam w tym miejscu link do mp3, gdyby jednak mtv opoznialo ich odkrycie, preferujac promowanie zespolow creed i matchbox 20.
    hala byla usytuowana w dzielnicy artystycznej, zasiedlanej takze przez narkomanow, pederastow i redaktorow lewicowych e-zinow, ktorzy siedzieli wszyscy przy malych stolikach, siorbali kawke albo winko, jedli i gestykulowali. przechodzilam wzdluz i z zainteresowaniem ogladalam very stylish menazerie, bo na ogol unikam takich niby klimatycznych miejsc, ktore polegaja na tym zeby wystawic stoly na chodnik, na scianach powiesic oleje, zorganizowac czerwone swiatlo, zapuscic pluskajacy esiddzezik, gdzie popielniczki maja wymyslna forme, a wloskie wino podaja zdystansowani, usluzni chuje w dreadach i bialych koszulach. jak co wieczor przy ulicy artystycznej siedzial przekroj okolicznych mieszkancow – przede wszystkim klony lyska o pociaglej twarzy w golfie, berecie, koziej brodce i fantazyjnych okularkach, obok nich lalunie wypindrzone, tak zeby nie bylo widac ze sie pindrzyly, siedem betawersji podrobek zespolu niedbalego the strokes przy osobnych stolikach, wystylizowane emancypantki ktore fryzjer ogolil na lyso za sume, jaka normalnie placi sie za nowa peruke, przypominajace rumianych fizylierow armii czerwonej po akcji odwszenia kompanii, poza tym oczywiscie paru zdegustowanych oldtajmerow i mlodziez wiejska dobijajca sie. i oni wszyscy siedzieli tam i tworzyli kreatywna atmosfere, widzialam jak sie calowaly dwie feministki, jak jeden brodaty mlodzian bez wasow osadzony samotnie przy swieczce i kieliszku na perwersyjnie dlugim pienku pisal skrzetnie w kolonotatniku w skore oprawnym, widzialam jak dwaj bitnicy dawali sobie w zyle w waskim podjezdzie dla samochodow dostawczych i rozne tego typu zjawiska.
    w kazdym razie w tej hali do ktorej dotarlam, gral teraz jakis inny zespol – goscie ktorzy mieli rowna ilosc zelaza w twarzach, co w odziezy, starannie stylizowane fryzury (i jedna lysina), tatuaze artystyczne typu japonskie wiezienie, niezwykle bajeranckie gitary, paski do gitar, obroze na szyjach, bransolety, buty, skarpety – w kazdym detalu ich bylo cos wyjebanego, ale z premedytacja i w sztuczna maniere, a calosc prezentowala sie raczej zalosnie i bez pomyslu, bez energii, bez zagadki zadnej, dokladnie taka sama byla muzyka – emocjonalnie zaangazowane zgrzyty fuzow plus skowyt bez pasji o bushu i zyciu w wielkim miescie, twoim miescie. i nastapilo pewne zabawne zdarzenie, kiedy perkusista pierdolnal sie w haniebny sposob, skiksowal tak, ze na pol sekundy zupelnie zgubil monotonny rytm walenia w blaszane talerze i wtedy caly zespol – czterech straszliwych frankensteinow popatrzylo na niego posylajac gromy spod naszpikowanych kolcami brwi. popatrzyli na niego jak zaloga nowo otwartego banku na kasjerke, ktora powiedzialaby do klientki „wypierdalaj” czy cos takiego, kurwa gosciu zajebiemy cie po koncercie, co ty sobie myslisz chuju jeden, zjebales nasz kawalek, nasi sluchacze nigdy nam tego nie wybacza, ani my tobie cwelu, jestes skonczony u wszystkich emonoisowcow – i odwrocili do sceny swoje starannie wypracowane postacie znieksztalconych aniolow upadlych w miejskie bloto i dali jeszcze dwa numery, jeden o masturbacji i jeden o wojnie i poszli sobie zegnani z kata sali watlymi brawami ich jak przypuszczam mlodszych siostr, rowniez o przebitych twarzach. potem weszli moi koledzy i zagrali zajebisty koncert, podobal mi sie niezwykle.
    a po koncercie zdecydowano, ze idziemy do jednego chujowego miejsca, do ktorego „sie chodzi”. na dzien dobry dwoch kolegow nie zostalo wpuszczonych, wozny kutas ktory stal na bramce kazal im isc do domu sie przebrac. dziwne jest, ze mnie wpuscili, bo na ubrania wydaje mniej niz on na zel do wlosow, ale widocznie uznal, ze moje „obuwie sportowe typu adidas” jest really cool i nie obnizy wizualnego poziomu przybytku, ktorego strzegl przed ludzmi bez stylu, probujacymi sie tam nielegalnie dostac (raz mnie nie wpuscili do podobnego klubu ludzi w dobrych ciuchach, a ciec na bramce wyjasnil mi, ze jestem „zbyt zwyczajna”, co mnie tak rozbawilo, ze do konca wieczoru w szampanskim nastroju obnosilam z duma swoja zwyczajnosc po lokalnych osrodkach pijackich). tym razem przeszlam weryfikacje, nie wiedzial jednak wozny kutas, ze pod nie klujaca w oczy koszula z przeceny w domu towarowym nosze dzis (przypadkowo i bez premedytacji) podarowany mi t-shirt z bobem marleyem, ktory mialam pozniej z powodu goraca eksponowac drazniac nadrukowanym refrenem „don’t gain the world and loose your soul wisdom is better than silver & gold” zebranych fiutow z agencji reklamowych ubranych w cool podkoszulki z glupimi sloganami i srebrnymi gwiazdami. w srodku syf. tetniace gowno, dopchalam sie do lady i nie bylo browaru – tzn nie bylo zadnego browaru z tych co da sie pic bez uszczerbku na zdrowiu i kieszeni, a toaletowa blondyna w masce z ludzkiej skory i makijazu typu dziewczyna na piatek w wet-hot-teens.com, ktora tam sprzedawala patrzyla z obrzydzeniem jak mi nalewala jedyny wystepujacy tam gatunek artykulu piwopodobnego, poniewaz u nas nie pije sie chamskiego browaru, u nas sie pije zielone i fioletowe mikstury ze specjalnych szklanek, nazwy mikstur sa rowniez specjalnie wymyslane, zeby robic niesamowite wrazenie jak sie w poniedzialek opowiada, ich skladniki pochodza z dizajnerskich butelek, ktorych reklamy mozesz zobaczyc dookola siebie, dlaczego chuju domagasz sie browaru? ale mi nalala, wrocilem do koleczka znajomych, ktore stalo wsrod innych koleczek i wszyscy cykali glowami, falowali barkami i przez napierdalajacy z glosnikow spust dj onanisty rzucali frazy: „ale jestesmy fajni” i „ale sie fajnie bawimy”. co jakis czas ktos odchodzil z koleczka do baru albo toalety i wracal i mowil „ale sie fajnie bawimy”, a ktos mu odpowiadal „ale jestesmy fajni” i tak to trwalo, muzyka sie nie zmieniala, zmienialy sie kolory syfu dolewanego do wodki. bylo mi coraz bardziej goraco, duszno i nudno i z browarem w garsci poszlam zwiedzac czysciec. nic nowego – klebil sie spocony tlum, podekscytowane mlode kurewki prowadzily sie jedna druga za reke szukajac prawdy i milosci, pedaly z kolczykami w wargach eksponowaly wlosy pod pachami i siatkowe podkoszulki, ale najwiecej krecilo sie tam najebanych klonow kolesia, ktory wygladal jak moj stary, kiedy mialam pietnascie lat i wracalam pozno i wychodzil z sypialni w postawionych wlosach i wyciagnietej pizamie w pionowe paski w barwach horzowskiego ruchu i wygladal na takiego, ktory zupelnie nie wie o co chodzi. widzialam tez panne, od ktorej kupuje falafle na dworcu autobusowym, ktora na te okazje zdjela fartuch i firmowa czapeczke i odjebala sie na trzecioligowe azteckie bostwo z elementami pozlacanymi – postrach na dziewczynki, co sie nie chca myc przed pojsciem do lozka – bransolety, pierscienie, zegar and all the things she did to her face, to raczej nie byla przemiana z kopciuszka w krolowa balu tylko jakis horror o zombie transwestytach, a mimo to rozpoznalam ja po chamskim wyrazie oczu, nie do ukrycia. ogolnie w takim miejscu, jak w kazdym gdzie szaleje moda, dominuje wiesniactwo – wizualne, smakowe, mentalne i nic poza tym mi nie zapadlo w pamiec, ani sie dobrze nie bawilam, a jestem przeciez fajna i tak. moglabym uznac ten wieczor za zjebany, ale moja klabingowa odyseje przez te rozne korytarze, zadymione izby, jaskinie orkow, stodoly, remizy i kurpiowskie wesela oswietlone roznokolorowymi reflektorami udalo sie skonczyc w cichej przystani, ktora jakas dobra dusza zaprojektowala, co oznacza ze jeszcze nie jest tak chujowo jak sie reklamuje, bo z boku, za rogiem jednym i drugim, za toaleta, ciasnym przesmykiem, kolo drzwi z wejsciami „tylko dla obslugi” znajdowalo sie dlugie, waskie pomieszczenie, gdzie docieraly jedynie gluche echa odleglego dudnienia djow bombardujacych babilon, na barowych stolkach siedzialo kilkanascie zatomizowanych jednostek przewaznie meskich, popijajac piwo (piwo!) serwowane przez smutnego i powolnego grubasa, a na duzym telly pod sufitem podawano retransmisje z angielskiej ekstraklasy (premiership), ktore ogladalam do czwartej rano owacyjnie witajac udane interwencje naszego jurka z liverpoolu. no a potem poszlam do domu podbudowana, bo jesli w kazdej stodole dla odpacykowanych wiesniakow jest podobna wydzielona strefa bez gowna, to taki klabing z ludzka twarza nie jest do konca zly, tak uwazam.
    juz nad ranem wracalam z dzielnicy cyrkowo rozrywkowej omijajac kaluze rzygow i snulam fantazje, probowalam skonstruowac jakas synteze w oparciu o wrazenia nocy i zauwazylam taka analogie, przesledzcie, ze w lodowkach w supermarketach leza rozne towary np mrozone np truskawki albo marchewka opakowane w foliowe worki z fotografiami tych produktow zakrywajacymi je same. dlaczego nie moge ogladac truskawek i marchewki, ktore sa w srodku tylko musze patrzec na fotografie? zebym nie zobaczyla, ze w rzeczywistosci sa mniejsze, przyszarzale i biedne? ci, ktorzy kupuja w supermarketach takie worki sfotografowanego jedzenia, potem je gotuja w taki sam sposob, potem sie ubieraja na pokaz, wychodza do pokazowych miejsc, gdzie jak w samie wszyscy jezdza oczami po tych opakowaniach, gdzie zamiast pobrylowac w rozmowie na ciekawe tematy przy muzyce, wymieniaja niezobowiazujace slogany i okrzyki na ile halas techniawki pozwala z tymi, ktorzy przyszli odpowiednio ubrani i pija wlasciwy kolor. nie chca zajrzec do srodka, zatrzymac sie i zapytac dlaczego musza ogladac zdjecia jedzenia i mrozonki ludzkie, dlaczego nie chca pokazac tego, co sie za tym kryje.
    jesli nie widze nic fajnego w tym lajnie, bo dla mnie to jest takie lajno jakim lajnem sa festiwale chujowej muzyki czy glupie seriale dla debili, to znaczy ze jest cos, czego nie umiem zobaczyc (nie mozna zobaczyc wszystkiego w sposob czysty i obiektywny, zawsze jakies uprzedzenia sie nakladaja). wiedzac to, staram sie bez kurwa uprzedzen isc na takie dyskoklabing czy niedziele w kuchni, ale znowu kurwa nieodmiennie padam ofiara kolejnej porcji stechlych klimatow, ktorymi ktos usiluje mnie zachwycic. bo tu chodzi o zachwyt, o ludzi, ktorym jest zle, ktorzy sa w jakis sposob trefni i staraja sie to zamaskowac czestujac mnie cebula po prowansalsku z czosnkiem w porach czy powiedzmy jakas panna chcac przykuc uwage (co jest najbardziej normalne) naklada na siebie kilkaset baksow zeby jej ktos kupil drinka o wartosci pol skrzynki piwa (dobrego), to mnie to jakos nie zachywca, po prostu tak jest – mnie to w zaden sposob kurwa nie zachwyca i tutaj lezy przyczyna odczuwanego przeze mnie dyskomfortu w opisanych sytuacjach – bo ogolnie mnie malo obchodzi, ze ktos gotuje, czy ze ktos dobrze gotuje, czy ze sie ubiera w jakies ubrania albo pije fioletowe breezery z probowek, dyskomfort wynika z tego, ze po pierwsze to juz nie jest osobista podroz tych ludzi, tylko gra, ktora wciaga mnie do zachwycania sie, kiedy wcale nie mam ochoty sie zachwycac (gdyby nie chodzilo o zachwycanie innych ludzi, nikt by nie organizowal wystawnych uczt i nie chodzil odjebany do nowych klabow), a po drugie ze to sie obecnie, wlasnie teraz, staje powszechne wokol mnie i jak pandemia obejmuje kolejne roczniki moich blizszych i dalszych znajomych z roznych krajow, odbiera proste radosci zycia, o ktore kiedys bylo latwiej i ktore mnie cieszyly niezwykle, a teraz staja sie rzadkoscia i to nie z mojej winy, tylko z winy tych ludzi, ktorzy ulegaja aktualnym konwencjom i pokusom snobizmu i w sposob lagodny, ale zdecydowany mi tez staraja sie to wepchnac. nasuwa sie rozwiazanie – zmienic znajomych, co mozna zrozumiec na dwa sposoby – albo zmienic grupe ludzi na inna grupe, albo te grupe ktora jest zmienic jakosciowo, czyli wytlumaczyc im, ze zle czynia i krocza droga do zguby.
    nadal jednak mnie zachwycaja rozne fajne chwile, takze polegajace na piciu alkoholu w milych okolicznosciach, a te to raczej proste w formie spotkania (przede wszystkim spotkania, a na drugim miejscu otoczenie i rekwizyty, ktore sa tylko malo istotnym tlem dla manifestowania tej esencji) – paru kolezkow, gandzia, piwo, miniturniej playstation – nic mi wiecej nie potrzeba, drogie panie omawiaja w kacie sprawy zyciowe ludzi nieobecnych, a po wyjsciu wystarczy wyrzucic puszki.
    teraz to zanika, jest ograniczane, odbierane, modyfikowane, moge to tylko opisac na blogu, bo co kurwa…
    a juz nastepnego dnia byla niedziela, mialam w planie jedna rozmowe i wyobrazcie sobie, ze ktos uznal, ze najlepsze warunki do przeprowadzenia tej rozmowy przygotuje on sam w kuchni i mam przyjsc na godzine trzynasta, glodna i ewentualnie przyniesc cos do picia jesli chce. i jak to tam bylo opowiem wam nastepnym razem.

    w piatek wieczorem wpadlo do mnie dwunastu znajomych. zachowalam sie bardzo elegancko: panow poczestowalam gandzia najwyzszej jakosci, polewalam winko szanownym paniom, z wiezy stereo puszczalam perly mojej plytoteki. bylo kulturalnie dopoki w gosciach nie odezwaly sie najnizsze instynkty i nie zazadali wydania jedzenia. bierzcie chleb i jedzcie – powiedzialam do nich, oni jednak odmowili chleba mojego powszedniego zadajac bardziej wyrafinowanych potraw. kompromisowa propozycja otwarcia puszek fasoli spotkala sie z szyderstwami i szybka kontra: delegacja gosci wystapila z postulatem uruchomienia produkcji jakichs ekskluzywnych plackow i jebudu, glodny lud bez rozterek natury moralnej zorganizowal sie spontanicznie: trojka ochotnikow juz biegla do sklepu po jaja i make, dwoch kolejnych myszkowalo w szufladach i szafach, panny szorowaly otoczenie, a najwiekszy grubas zainstalowal sie przy kuchni i rozpetal rozgrzewke garow i patelni. jedynie j@ i dwoch wiernych druhow zdecydowanie odcielismy sie od tych schylkowych i zalosnie drobnomieszczanskich obrzadkow.
    wyszlismy na balkon, gdzie odizolowani szklana tafla od krzatajacych sie przy garach saskich zdrajcow, zmagalismy sie z zyciem probujac znalezc wlasna droge. pod usianym gwiazdami niebem pilismy piwo i prowadzilismy metafizyczne dysputy.
    tu miejsce na dygresje: koledzy polacy (nie mam na mysli zgredow) przychodza do ciebie najedzeni! jak cie ktos zaprasza na wspolne kirzenie, to najpierw jesz w domu to, co lubisz i dopiero wychodzisz. a dla odmiany goscie zagraniczni przychodza sie napic i zeswinic tak samo, ale w domysle zakladaja, ze wstepna wyzerka na koszt organizatora jest obowiazkowym warunkiem kazdego spotkania, jak muzyka z plyt czy papier toaletowy kolo klopa. dlatego mysle sobie czasami – moze to my jestesmy jacys dziwni? z jednej strony co kraj to obyczaj, ale rownoczesnie pod kazda szerokoscia geograficzna daje sie zaobserwowac pewna prawidlowosc, ze im bardziej kto sie snobuje na conneseura wykwintnych potraw i subtelnych smakow, znawce muzyki niepopularnej i islandzkiego kina, tym bardziej sie rozni od nas, tym bardziej jest smutnym, pogubionym fiutem, ktory poprzez te powierzchowne maskarady szuka kolegow padlszy ofiara jakiejs chujowej zarazy mentalnej, ktora kaze ludziom wierzyc, ze rosol czy nalesniki zbliza ich do siebie i ogrzeja ich zziebniete dusze. byc moze grill z parowkami z geanta elegancko podanymi z musztarda dijon, to pornograficzna wersja plemiennego ogniska. a moze to ma wiecej wspolnego z przyslowiowym chamem w wypucowanych lakierkach, z ktorych wystaje perfumowana sloma? albo burakami, ktorzy kupuja najdrozsze zestawy compaq albo della, zeby pisac listy w wordpadzie, stawiac pasjanse i kpic z posiadaczy podkrecanych celeronow bez dvd?
    wracajac do naszej opowiesci, okazalo sie tez, ze wszystko bylo z gory ukartowane – oni sie wczesniej umowili, ze sobie bankiet tu wystawia, nawet poprzynosili rozne substancje organiczne w torebkach i sloikach. wybaczylam im ten spisek bo nie mialam innego wyjscia, zirytowalo mnie tylko, ze sie upalili, a mieli wczesniejszy kontakt z zywnoscia i brudnymi paluchami czytali moj nowy „ilustrowany atlas kosmosu” zostawiajac na zawsze tluste plamy na kartkach. milym akcentem bylo to, ze w odwecie moi koledzy dokonali akcji dywersyjnej i kiedy trwala produkcja kluch, dzialajac pod wplywem alkoholu dolali pol puszki piwa jasnego pelnego do miski z rozbeltana maka i jajami. mozecie powiedziec, ze byl to anarchistyczny akt dziecinny i bezsensowny, jednak j@ jestem w stanie dojrzec w nim glebiej skryte warstwy znaczeniowe, odczytac to jako forme protestu przeciwko napierajacej dominacji zgredow zamieniajacych nasze radosne libacje w kurewskie zjazdy typu imieniny stryja stefana z salatka z ryzem, tortami i muzyka gorana bregovica. mozna tez ten akt interpretowac jako manifest i afirmacje pierwotnych i nieujarzmionych swawoli albo nawet szyderstwo z naboznej czci z jaka ci zestresowani kucharze odprawiali swoje kulinarne rytualy, jak w skupieniu kroili cebule w rowne czesci, doswiadczonymi palcami dodawali szczypty, o ulamki milimetra regulowali wysokosc palnikow, dyrygowali pomocnikami wydajac polecenia glosem dowodcy lotu patrolowego w amerykanskim helikopterze over mekong delta.
    zeby poglebic atmosfere, tlo dzwiekowe tej hiphopowej wieczerzy tez sobie zmienili na kul dzezik samplowany z dzwonkow, gwizdkow i poswistow i jeden z kuchcikow zbyt drastycznie chyba upalony, piec razy nerwowo wycieral rece w biala szmate i biegl bo mu sie zdawalo, ze komora mu dzwoni, za kazdym razem kiedy grali ten kawalek tego kawalka.
    zza szyby przypominalo to koniec swiata. odczuwalam obrzydzenie, jak gdyby spora grupa hunow, a wszyscy podobni do siebie jak okolo 48 zapalek z sianowa, w rzeczywistosci wycieczka uczniow technikum rolniczego w bialogardzie wjechala na czubek palacu kultury i wyrzygala 150 litrow piwa z dyskontu, a tytul mistrza polski premiujacy awansem do elitarnych rozgrywek ligi mistrzow zdobyla amica wronki.
    to bylo w piatek. w niedziele poszlam w goscine j@ i juz za dwa wpisy podziele sie z wami wrazeniami z tej wizyty.

    mowia, ze niby alkohol nie zamarza, a mi rozjebalo dwa browary w zamrazalniku.

    1. „czytelniczki na mnie leca” antologia pornografii folklorystycznej zawierajacej epickie freski blogowych pisarzow mszczacych sie w swoich sagach erotyczno-mitologicznych na kobietach, ktore nie sprostaly ich wysokim wymaganiom, tworczosc obecnie niezwykle popularna wsrod mlodych polek pragnacych wyzwolic swoja seksualnosc.
    2. „dynamiczna nowina” multimedialny cd-rom instruktazowy katowickiego uniwersytetu lubelskiego: blog jako narzedzie ewangelizacyjne, blog jako narzedzie walki z szatanem, blog w sluzbie animatorow neokatechumenatu.
    3. „balsam dla duszy : jest chujowo” – wybor tekstow z polskiego bloga do rozdawania wiezniom w depresji; zeby nie chcialo im sie wychodzic na swiat, co takie rzeczy z ludzmi robi.
    4. „fengshui na twoj blog” – poradnik lucynny winnickiej objasniajacy jak uzywac starozytnej chinskiej kabaly feng-shui w wygodnym i harmonijnym dizajnowaniu bloga tego lata.
    5. „siec cicho” – wiersze te lepsze i te gorsze, ale wszystkie wasze z waszych blogow poczete – szczere i prawdziwe, w ktorych wlasnymi slowami opowiadacie o swoich problemach i radosciach, o tym co was cieszy, a co niepokoi.
    6. „blog mojej drugiej osobowosci znajduje sie rowniez na tym blogu” – studium schizofrenii przedwakacyjnej.
    7. „teoria nadbloga – bloga o blogach” – zbior hipotez i problemow teoretycznych mojego autorstwa probujacy spenetrowac rejony metablogowych dywagacji nietkniete jak dotad ludzkim umyslem.
    8. „gateway dedoors : blogerzy przekleci” – denaci i dekadenci, szarpani przez bloggingu wsciekle kly, rozczarowani jalowoscia procesow blogotworczych szczegolowo opisuja ze nie chce im sie pisac, uzasadniaja, ze nie warto pisac bloga, stale go kasuja i wznawiaja, zastanawiaja sie krytycznie, rozdrapuja wlasne archiwa i sledza kazdego goscia routerami – 12 tomow w czarnych okladkach ze zlotymi literami jako eskluzywny relikt czasow obecnych dla przyszlych pokolen.
    9. „yo no soy marijuanero, soy capitan” open blog dla jednostki wojskowej JW7917 – zolnierze zawodowi i odbywajacy sluzbe zasadnicza za posrednictwem bloga dziela sie ze swiatem kawalkami swoich zywotow osobniczych, ktore skladaja sie na calosciowy megablog przyjmujacy postac surowego i nieupozowanego zapisu zycia wspolczesnego na jednostce.
    10. „richard sorge” – poemat @linki na motywach autobiograficznych, przedstawiajacy historie niemca, szpiega rezydujacego w tokio i pracujacego dla zsrr. na dzien przedtem ostrzegl telefonicznie stalina o ataku hitlera na sowietow, ale stalin mu nie uwierzyl. to co prawda z nieco innej serii, ale bardzo ciekawe.

    april zwanzig adolf geburstag. heute, jeder junge mitglied der bloggerjugend macht ein kleines geschenk fuer unseren lieben fuehrer adomas.

    zbliza sie tradycyjne swieto prymaprylis. jak co roku, juz dwa tygodnie naprzod zaczniemy sie zastanowiac jakiego to psikusa splatac naszym najblizszym i przyjaciolom. czy numer z plama na kolnierzu czy formatowanie dysku? duch z przescieradla czy skopolamina w herbacie? pole do popisu dla naszej kreatywnosci ogranicza praktycznie tylko kodeks karny, ale chyba w takim dniu, nawet pan policjant przymknie oko na nasze wybryki i wyjatkowo pozwoli troche porozrabiac.
    rowniez nasz przyjaciel adomas obmysla juz pewnie jak nas zaskoczyc: zarzadzajac ze warunkiem zalozenia bloga na blog.pl bedzie zaswiadczenie pani od polskiego lub pozytywny wynik eksternistycznie zdanego egzaminu z ortografii czy moze prasa ujawni skandal korupcyjno-erotyczny z jego udzialem i serwer zostanie zajety przez ludzi prezydenta, ktorzy zaczna badac polaczenia, numery komorek i ipow prominentnych pederastow bloga polskiego. a moze ktos z czytelnikow ma jakies intrygujace podpowiedzi?
    na poczatek zabawy, proponuje takie dowcipy:
    1) akcja „prowokacja” – aviki z aktami onanizmu. w miejsce kazdej notki – inna akcja reczna. kazda notka zmienia sie w link, w taki sposob ze slowo kluczowe w niej wystepujace laczy sie z odpowiednim obrazem w sieci i pokazuje te krotka animacje. czyli pierwszego kwietnia zamiast czytac elokwentne przechwalki nabzdyczonych blogerow, dostajecie porcje wizualizacji do kontemplacji, analiz i rozmyslan.
    2) akcja „puzzle” – wszystkie notki i komentarze zostaja pomieszane, caly blog wyglada jak zbior mysli w rozsypce – jakis prosty algorytm, ktory zmienia cyfry w numerach pod jakimi sa archiwizowane nasze wypociny i komentarze do nich. engine bloga dziala prawidlowo odczytujac jednak i wyswietlajac w sposob na pozor losowy zawartosc calej poddomeny blog.pl. prawie kazdy mialby wtedy cos z onanisty i cos ze zwyklejaniusi, a komentarze na nowo ulozone moglyby stworzyc nowa jakosc.
    3) akcja „demolition” – wirus niszczacy zasoby wpisywany na serwer droga notki blogowej. nie wiem o co tu chodzi, ale brzmi groznie i tajemniczo. lepiej tego nie rozwijac, bo jeszcze ktos to wprowadzi w zycie. moze lepiej zamiast tego akcja „kupa smiechu”: tajemna aplikacja robi zrzut ekranowy pulpitu blogera, wlepia w jego srodek komunikat o tresci, ze blog wykonal nieprawidlowa operacje i zostanie zamkniety i zapisuje ja; po zalogowaniu sie do bloga, pc blogera wyswietla pelnoekranowy popup bez ramek z tym zrzutem ekranowym jego wlansgeo pulpitu i komunikatem o bledzie.
    jednak j@ sama nadal nie moge czytac bloga ze swojego komputera – od niedzieli tak jest, licze na pomoc ofiarnych czytelnikow.
    poza tym mysle, ze gdyby wojsko polskie pisalo z iraku blog, zrobiloby istna furore i oddalo nieoceniona przysluge historykom przyszlosci.


    • RSS