mydziecisieci blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 10.2003

    mam fotki z pozaru
    chcielibyscie?

    chcialabym

    8 komentarzy

    byc strazakiem

    gdybym wirtualnie nie byla tym kim nawet nie udaje, ze nie jestem, chcialabym byc oficerem luftwaffe.
    luftwaffe.jpg

    „south-east kalifornia 17 october 2003
    droga @linko!
    [...] pytasz mnie w swoim emailu jak mi uplywa zycie, co porabiam, jak sie czuje, o czym mysle i czy mi ciebie jest brak. nie jest prosto odpowiedziec na twoje pytanie, poniewaz tydzien dzieci mial siedmioro i niech zaczne od dowolnego, a bedzie nim w srode. dokladnie w srode po poludniu. wychodze z biura i czuje, ze cos mnie nurtuje wewnetrznie. jakis niepokoj, napiecie, tajemnicza i niezbadana sila drzemiaca w kazdym czlowieku, ktora rowniez drzemie we mnie. patrze na prawo i lewo i co widze, widze bary i restauracje, w ktorych ladnie ubrani ludzie siedza i popijaja. widze mezczyzn, kobiety, usmiechnietych i zadowolonych, ze szklaneczkami w rekach wymieniajacych kurtuazyjne grzecznosci i najnowsze dowcipy o czarnuchach. mam ochote do nich dolaczyc, odlozyc teczke na krzeslo obok, poluzowac krawat, zamowic schlodzony alkohol w dowolnej postaci i spedzic ostatnia godzine slonecznego dnia nasluchujac ludzkich glosow i przygladajac sie ulicznemu zyciu. jednak nie robie tego, poniewaz jest sroda, a w srode nie pije. poniewaz odczuwam jak wazna jest dla ludzkosci moja praca, odpowiedzialnosc, a takze jak bardzo zalezy mi na tym, zeby dbac o moje zdrowie i zarobki, ktore maja mi zapewnic spokojna i dostatnia starosc. nie chce przeciez cierpiec w rynsztoku na wrzody i reumatyzm, zapijajac niedole ponurymi wynalazkami z trupia czaszka na etykiecie, ktore niechybnie zastapia eleganckie karafki z wesolo maszerujacym dzentelmenem w cylindrze i z laseczka. dlatego w srode wracam prosto z biura do domu i poglebiam swoja wiedze na temat systemow komputerowych i roznych nowoczesnych technologii, o ktorych jeszcze pare lat temu nikomu sie nawet nie snilo. – czy to nie cudowne – mysle sobie. na noc zazywam tabletki z enzymami usprawniajacymi dostarczanie tlenu do komorek mozgowych, jedna tabletke boostera neotropowego i jedna z mineralami i zasypiam. budze sie w czwartek, rzeski i gotowy do pracy. ruszam niezwlocznie po sniadaniu, a po drodze nachodza mnie rozne mysli na temat sposobow w jaki jest nasz swiat zorganizowany. to znaczy nie chodzi mi oczywiscie o polityke, ale te wszystkie poziomy zycia, ktore determinuja nasza swiadomosc i warunki w jakich sie ona ksztaltuje. chodzi mi przede wszystkim o sprawy kosmiczne i uniwersalne, ale rowniez te bardziej przyziemne. zastanawia mnie po co jest to wszystko i co ja w tym robie. dlaczego, czy nie mozna bylo inaczej? rozwazam mozliwosc jakiejs swiadomej zmiany, wiem jednak ze wszelkie swiadome zmiany sa tylko powierzchowne. mozna wyjechac na wies, albo udac sie w podroz, ale tak naprawde niczego to nie rozwiazuje. kiedy przychodze do biura siadam do mojego komputera, ale nie stukam w klawisze z takim entuzjazmem jak w poniedzialek, wtorek i srode. wkrada sie do mojej duszy nastroj anarchistyczny, czesciej niz zawsze odwiedzam portale futbolowe kilku panstw europejskich, zagladam na strony prywatne slowackich licealistek, a przerwe obiadowa wydluzam do granic perwersji. wszystko to ma jednak podstawy filozoficzne, poniewaz czwartek jest dniem, w ktorym najdobitniej odczuwam wszystkie tesknoty do tego, zeby usprawnic ten swiat, zeby pewne rzeczy wygladaly inaczej i kiedy dostrzegam, ze praca to jest nic, czemu warto by poswiecac swoje cenne przeciez i mlode jeszcze zycie. kiedy nastaje popoludnie, wychodze i ruszam na dworzec autobusowy, po drodze jednak zatrzymuje sie gdzies na szybkiego browara, ktory czasem zamienia sie w dwa albo trzy. zaleznie od roznych czynnikow czytam przy tym ksiazke, albo wdaje sie z kims w dyskusje, najczesciej jednak obstawiam wyscigi psow, mam pewien system, ktorego zasad jednak nie zdradze. w piatek jest juz zupelnie inaczej. od samego rana dominuje lekkosc i wesolosc, ktora stopniowo przemienia sie w wieczorna dzikosc, ale o tym za chwile. w biurze panuje wesola atmosfera, wszyscy sobie odpuszczaja i odliczajac kolejne godziny oczekuja na weekend. zarciki, nerwowe chichoty, podszczypywanie, zamyslone spojrzenia rzucane za szyby, skora buzuje pod bawelniana odzieza, az w koncu, jest dzwonek, z wrzaskiem wybiegamy na ulice i pedzimy do domow, zeby sie przebrac, cos zjesc, niektorzy po drodze robia zakupy. a potem wypelzamy, dzwonia komorki, znowu gdzies jade autobusem i slucham muzyki, przeliczam gotowke, ostroznie zeby nikt mi nie zabral, wchodze, witam sie, zapoznaje, ktos wrecza mi kieliszek, rozmawiamy, muzyka narasta, ide w ciemny zaulek balkonu, gdzie siedzi dwoch, trzech przybrudzonych mowiacych dziwnym jezykiem, palimy narkotyki, dziekuje im bardzo wracam, znowu szklaneczka siadam z boku patrze, analizuje, wybieram, ruszam do ataku, znowu krolewna ktora ma wypisany na twarzy termin po ktorym zamieni sie w zabe, ale w takich sytuacjach o tym sie nie mysli, nawiazuje dialog, z poczatku spokojny i stonowany, nie zawierajacy zadnych sprecyzowanych opinii na zaden z mozliwych tematow, dopiero pozniej dopierdalam komu trzeba dopierdalac i wyrazam podziw komu podziw sie nalezy. i tak to przebiega dalej do konca, ktory moze byc inny ale jest taki sam, w kazdym razie w piatek, szczegolnie w piatek wieczorem rozne trunki, ziola, pastylki, krolewny, plyty kompaktowe i inne obiekty wyznaczaja szachownice po ktorej posuwam sie jak krol o jedno pole w dowolnym kierunku. w wolnych chwilach podczas urynacji w jakiejs obcej toalecie, potwierdzam slusznosc wlasnych wyborow, doceniam te wspaniale szanse dane mi abym mogl doswiadczac tych roznych wspanialych rzeczy z lodem i bez, na poczatku w prezerwatywie a potem bez, a takze oryginalnych i sprowadzonych z roznych dziwnych krajow, gdzie sa lokalna specjalnoscia. pozniej co, kiedy nadchodzi ten wlasciwy moment, wsiadamy do taksowki i jedziemy tu albo tam, chyba ze sprawy tocza sie inaczej, wszyscy juz poszli albo spia zwinieci w klebki jak psy w przedpokoju, wyjmujemy poduszki z kanapy i rozkladamy je na podlodze. pozniej nastepuje sobota. sobocie brakuje piatkowej swiezosci, nie jest juz tak wyczekiwana, ale tez ma swoj pozytywny klimat. sobota jest utrwalaniem skutkow wydarzen piatkowych, jest jazda ciezka, artyleria duzego kalibru, jest maratonem lajdaczenia, trwonienia zdrowia i srodkow pienieznych, otruwania sie i autodestrukcji, brawurowego szarzowania na pozycje bez wazniejszego znaczenia. wychodze juz najebany i znowu gdzies ide, wdychac te dymy i opowiadac te same historie, a takze co ciekawe sluchac tych samych historii tylko w innych wersjach. wydaje reszte pieniedzy, wlewam wiecej niz potrzeba do gardla, jestem krnabrny i ordynarny, ale podoba mi sie to. taka jest sobota, ze robie rozne te rzeczy, ktorych nie zrobilbym ani w czwartek, ani we wtorek. sobota, imieniny kota, sobota ma swoje prawa i wykorzystuje je do granic przyzwoitosci, nalewajac sobie powyzej pasku. budze sie w niedziele i co. nie chce mi sie ruszac. leze i patrze, zakladajac ze jestem w siebie w pokoju we wlasnym lozku, widze dookola siebie znajome otoczenie. wyblakly pokoj w kolorach brazowo-zoltych, jak stare zdjecie, ale jest jedno okno, za nim zielone drzewo i niebieski sufit nieba. szumi wentylator, ale i tak jest bardzo goraco, odkrywam sie (klujacy koc w brazawa krate), patrze na znajome biale nogi w czarnych wlosach i przerazliwie czerwonych gatkach oraz poplamiana koszulke koloru biel tytanowa. nie moze byc: koziolek-matolek, nie czuje sie najlepiej, popijam wode mineralna i patrze w to okno, sluchajac spiewu ptaszat. piekny jest ten swiat, so wonderful, so wonderful. postanawiam sie poprawic, zmienic, nawrocic zanim bedzie za pozno, zanim nadarzy sie jakas okazja do wywolania katastrofy. na scianie przyklejona pocztowka od kolezanki z irlandii, obok koszula w histeryczny wzor. jest nadzieja. postanawiam. nie pic. nie uzywac. nie wdawac sie w awantury. nie rujnowac zdrowia i zasobow finansowych. krystalicznie czysto widzac zgube jako koniec tej zle obranej drogi, chce odpokutowac to wszystko, zmienic sie, poswiecic medytacjom i zglebic tajniki rozwoju duchowego. zazywam dlugiej kapieli z dodatkami zapachowymi i mineralnymi, a potem ruszam na spotkanie miejscowej grupy. spiewajace kobiety z zamknietymi oczami, bebenki, gitary akustyczne, tamburyna, kwiaty, kadzidla, portrety swiatobliwych nauczycieli, to jest to, czego mi bylo trzeba. widac wyraznie cel, sens i sposoby ich realizacji. wracam na przystanek autobusowy z ludzmi, ktorzy pili jogurt wlasnej roboty, kiedy ja wlewalem w siebie te wszystkie swinstwa i odczuwam wielka inspiracje ich swiecacymi przykladami. im nie smierdzi koszula potem nad ranem i wiedza o co chodzi, maja zony, zony maja warkocze i robia im ciastka, generalnie nie jest to nic porywajacego, ale jest dobre, spokojne i pomaga odnalezc ukojenie w niedziele, a dzikosc poprzednich dni wydaje sie byc oddalona o lata swietlne. zasypiam z rekami pod glowa rozmyslajac o glebokich karmicznych zwiazkach na poziomie miedzyplanetarnym. w poniedzialek wstaje wczesnie rano i poswiecam sie pracy dla ludzkosci. na poczatek gimnastyka – trzeba byc gibkim i elastycznym, aby podolac licznym obowiazkom nowego tygodnia, aby nie zawiesc nadziei wdow i sierot wyczekujacych na owoce mojej pracy. o jak bardzo chce wrocic na lono spoleczenstwa, wlaczyc sie w ten rwacy nurt postepu, byc specjalista w daleko idacej wiedzy. ubieram moja najlepsza biala koszule, prasujac ja najpierw starannie, wsiadam razem z innymi szczesliwymi pasazerami do autobusu wiozacego nas do city, a nastepnie wlaczam sie w morze glow maszerujace falami zielonych i czerownych swiatel do swoich biur. ja tez mam swoje biuro, mam swoj pokoj, swoje biurko, krzeslo i komputer, na ktorym zamierzam dokonac tego dnia prawdziwych cudow, zdolnych zmienic oblicze tego swiata, a ja bede mial w tym swoj choc skromny, jednak niezaprzeczalny udzial. siedze i daje z siebie doprawdy wszystko. nie oszczedzam, nie mysle, napierdalam ile wejdzie az nadchodzi wtorek. we wtorek jazda jest na najwyzszych obrotach. minelo juz poniedzialkowe chamskie natezenie prymitywnych tesknot, minely ostatnie slady weekendowego przytrucia, wstepuje w moje jestestwo energia kolumba, marco polo, darwina i kopernika. nie daje jej przeminac na prozno. przekuwam ja w zloto, w pieniadze, w dobre pomysly i sztuke, w usprawnienia i innowacje oraz inne kruczki i sztuczki technologiczne. jesli zrobie kiedys cos dobrego dla ludzkosci, to mozesz mi wierzyc @linko, ze nastapi to we wtorek. wtorek mija, kiedy zasypiam planujac kolejne plany poprawy, we wtorek chce poprawic wszystko, swoje zycie, swoj kraj i swoja planete. a wtedy znowu przychodzi ten dzien najbardziej zdradliwy ze wszystkich, o zlowieszczo brzmiacej nazwie „sroda”. sroda przez sam swoj nijaki charakter jest niestala i niezdecydowana, jest dniem najbardziej oddalonym od obu weekendow, jest pod jednakowym wplywem komorkowych wspomnien o skutkach picia i jeszcze glebiej wszczepionego oczekiwania na pijacki piatek, co juz na wstepie nie wrozy jej nic dobrego. sroda trwa najdluzej, sroda jest napieta, ze srody najmniej sie pamieta. zawsze dokladnie w srode po poludniu wychodze z biura i czuje, ze cos mnie nurtuje wewnetrznie. jakis niepokoj, napiecie, tajemnicza i niezbadana sila drzemiaca w kazdym czlowieku, ktora rowniez drzemie we mnie [...].
    pozdrawiam,
    twoj druh
    stary wyga”

    kiedys taki nie byles, moze ktos powie ze dojrzales, ale j@ uwazam, ze w ktoryms momencie dales dupy, podjales decyzje i zostales zgredem juniorem, przyjales ich uklady i tradycyjna forme stolca jako swojaWlasna=powszechna codziennosc; bo moze sie ozeniles, moze urodzilas chlopca, moze stuknelo ci dwadziescia iles lat.
    kiedys przychodziles w gosci, interesowalo cie wszystko dookola, ksiazki na polkach, pamiatki z podrozy na scianach, nowy widok z balkonu, ale przede wszystkim ludzie – bez zadnych sztucznych przyruchow siadaliscie na podlodze zeby wymieniac cos, co nie ma nazwy, podczas gdy w innym pokoju wujowie i ciotki siadali do stolu zeby jesc.
    wtedy wezwanie do jedzenia bylo kara odrywajaca od rozrywek, bylo niewygodnym uziemieniem na krzesle, wymuszona zmiana spontanicznych gestow na obyczajne maniery. dzisiaj jestes tym, ktory pierwszy siada do stolu i siedzi tam sztywno; zujac. yes, zartujesz, muzyka gra, smakuje rolada, ale nie da sie zaprzeczyc, ze jest to smetne i kurewskie ucztowanie.
    moze robisz to dla towarzystwa, a jednak zawsze sa ludzie w drugim pokoju, moze sa niedojrzali i dla nich czas wokol serwety plynie jak dlugie godziny w biurze, ale zanim ich zdiagnozujesz, zastanow sie, co ty dojrzalego robisz przy ich stole – kwitniesz czy gnijesz?

    @lchemiczka

    5 komentarzy

    posuwam doktorat do przodu od tylu i wkurwia mnie glupia maniera obowiazujaca w pisaniu doktoratow, ktora nakazuje ze wszystko przynajmniej powinno brzmiec madrze, pismo musi przestrzegac zabobonnych zasad, a jezyk ma wygladac tak jak z kazdej nudnej ksiazki. z bolem dloni spelniam te wymogi, a jednoczesnie wiem, ze to co pisze jest zajebiscie glupie i powierzchowne, a jednoczesnie wiem, ze wlasnie takie cos sie sprzeda.
    dla odmiany:
    kiedy np pisze sie skrypt to mi sie bardzo podoba – zasady sa namacalne: to co napisane, albo bedzie dzialalo w przegladarce/serwerze, albo nie. podobnie kiedy pisze blogusia: albo mi sie podoba, albo nie. a taka chujoza jak doktorat, to ani w zadnej przegladarce sie nie wyswietli, ani nikomu sie nigdy nie spodoba tak naprawde, tylko jakis wyplosz analny inaczej, przejedzie znudzonym, pederastycznym wzrokiem po tekscie, zweryfikuje bibliografie i oceni czy taki doktorat to sie nadaje czy nie. czyli wiecie, kiedy sie pisze skrypt, to sie mysli o np. internet explorerze 6.0, kiedy sie pisze blogusia to sie mysli o czym sie chce (j@ mysle o alkoholu i damskich lydkach), ale kiedy sie pisze prace dla doktora, to trzeba wykonywac mentalny validate, czyli mozna sobie symulowac sytuacje gabinetowa z centralna rola oblesnego lysego profesora karola zet – w okularach, z broda, z plamami watrobowymi na twarzy i piana na usmiechu i jak pochylony nad wydrukiem sledzi tok i nalezy sie pytac: „a to zdanie przyjedzie, czy jest za glupie i poprawiamy?”. i nastepna linijka, a ma ich byc pare tysiecy.
    praca nosi tytul roboczy: „zaburzenia seksualne seksuologow w amerykanskiej fikcji”, wkrotce zostanie wreczona stronie zamawiajacej w postaci nieoznaczonej dyskietki i usunieta z twardego dysku.
    nie bede wracac do niej rowniez we wspomnieniach. zarobione pieniadze wydam w moim ulubionym miejscu, wielokabinowym pipshou w dzielnicy rozrywkowej w sobote wieczorem gdzie jest
    ciemna arena wielkosci kiosku ruchu albo dziury w zebie, na niej kawalek koca w arabeski i rura z blyszczacego metalu, wokol ktorej sie kreci w czerwonym swietle podloze, z niewidzialnych otworow snuje sie dym i muzyka subtelna jak tlo dzwiekowe losowania totalizatora sportowego w sobote o pietnastej albo dzikie techno, muzyka miejskiej dzungli ery elektronicznej, dookola dwanascie kabin z szybkami ktore liza pijani pracownicy agencji reklamowych i brokerzy swietujacy urodziny ziomala. co minute zasuwaja sie przeslony w tych kabinach, ktorych rezydenci nie wrzucili miedziaka, na srodku pewna siebie blondynka odziana w stroj kapielowy, prezentuje taneczne zaloty, zdejmuje kostium z siebie czyli wszystko az do bizuterii, wyzywajaco patrzy w oczy za szybkami, rozklada nogi, macha nimi jak marynarz choragiewkami, a dwunastu pijanych maklerow wyje, wali w scianki, lize szyby i wrzuca dolary.
    lubie tam czasem pojsc z kolegami i tez jej troche powrzucac.
    pieniadze skorumpowanego medrca oprocz na oplaty za ogladanie nierzadnic, wydam tez na alkohol, mp3player i podroz, wrazenia z tych atrakcji opisze na blogusiu.

    znajomi muzykanci, coraz ich wiecej, jeszcze niedawno napedzani wiara w swoje mozliwosci wkrecali sie do kariery na wszystkie sposoby, czy pamietacie jakiej doznawali slabo ukrywanej ekstazy przy okazji kazdej wzmianki w darmowych gazetach, wywiadu dla nocnej audycji radia kolobrzeg, czy pierwszych spotkan organizacyjnych z „menedzerami”, jak mocno wtedy wierzyli, ze juz za chwile peknie niewidzialna bariera oddzielajaca ich od swiata slawy, pieniedzy i salonow i beda o nich mowic w telewizji, ze beda sie na ekranach przy okazji festiwali pocierac nosami z tymi, ktorymi teraz pogardzaja, ktorych nienawidza, tylko dlatego, ze nie zostali przez nich zaakceptowani, nie odniesli sukcesu; swiat slawy, pieniedzy i salonow wyplul ich zanim do niego weszli, krecac sie przez jeden sezon po obrzezach, zachecani przez znajomych i podgrzewani przez kumoszki na wlasne ryzyko uznali, ze sie nadaja, ze pasuja, ze nie zawioda, teraz widac ich jak z pogarda rzucaja gownem w swiatek, ktory nie dal im wylizac drogi do siebie i szydza z tych, ktorzy nie zwrocili na nich uwagi i raczej juz nie zwroca, bo niby dlaczego takie komercyjne sprzedawczyki i pseudoartysci mieliby zwrocic uwage na prawdziwych, wesolych, sympatycznych i wrazliwych muzykantow, w ogole nie niezainteresowanych wystepami w mtv i festiwalami na stadionach – przeciez ich muzyka brzmi pelnie i prawdziwie tylko w kameralnych warunkach pubu „indy” w srode o siedemnastej, gdzie przychodza ich dziewczyny i zaproszeni koledzy z liceum, ktorzy znaja sie i potrafia zauwazyc wartosc ich rocka.
    od tego momentu daje dwa, trzy lata czasu, ze polowa zespolu bedzie sie zajmowala czyms innym, wyjmie piercingi, zgoli brodki, zmieni stroje i znajdzie prace jako przedstawiciele handlowi i szybko sie pogodza z okrutnym swiatem, a nawet bedza sluchac w sluzbowym aucie „tych, ktorym sie udalo” i przytupywac nozka palac papierosa kiedy stana na swiatlach.
    ci, co zostana z boku zeby nienawidzic, to gorsze kurwy niz kandydaci na gwiazdorow z telewizyjnych castingow – bardzo chcieli, bardzo nie wyszlo, bardzo boli… ale nie pogodzili sie z tym, dalej sledza co sie dzieje, jeszcze nosza przy sobie piec centow nadziei, ze moze sie odmieni, ze moze ktos w koncu jednak zauwazy i znowu ruszy „promocja”, wzmianki w darmowych gazetach i radiu kolobrzeg, moze zadzwoni jakis rezyser, ktory potrzebuje tlo do filmu awangardowego, moze ktos sobie przypomni i reke poda… ale nie ma juz dla nich zadnej nadziei, sa wypluci, a ci ktorzy o tym zdecydowali nie maja w zwyczaju zastanawiac sie wnikliwie nad reklamacjami wypluwanych hurtowo ambitnych, utalentowanych, niedocenionych, pracowitych, prowincjonalnych pionkow; zostaja im mile wspomnienia po swoich pieciu minutach, wycinki z darmowych gazet i mp3 z nocnych audycji kolobrzeskiego radiofunku.
    na pewno ich znacie, kreca sie, znaja wszystkich i wiedza o nich wszystko i ich nienawidza, bo czuja sie lepsi – to sa kurwy i j@ tez ich wypluwam, przegranych cwaniaczkow.

    czesto narzekacie na poczte polska i poziom swiadczonych uslug, ze gina przesylki lub docieraja mocno opoznione, ze smiesza was wezwania sadowe doreczana osobom zmarlym od dwudziestu lat albo kradziez funtow i dolarow z kopert nadsylanych z zagranicy, a jednoczesnie wychwalacie ten caly internet, ze niby taki szybki, fajny i globalny, a tu prosze: dzisiaj dotarl do mnie zagubiony email wyslany przez wujka edka z wakacji w czechoslowacji – jak wynika z headera: w lipcu 1974!
    nie jest teraz wazne czy kiblowal na serwerze po tej czy po tamej stronie tatr, wazne jest co to swiadczy; ze nie zawsze maszyna musi byc lepsza niz czlowiek i taki zwykly listonosz na rowerze moze nieraz byc szybszy niz broadband.

    mniej sie teraz udzielam, poniewaz pisze doktorat. zamowienie dostalam pare tygodni temu, ale zwlekalam, zwlekalam, a w przyszlym tygodniu moj klient ma spotkanie z promotorem i musze miec co najmniej kilkadziesiat stron. idzie mi jednak calkiem sprawnie i mysle, ze wszyscy beda zadowoleni.
    jak widac nawet w czasach obecnych jesli czlowiek zamiast tylko psioczyc i narzekac ruszy glowa, to da sie polaczyc pasje naukowca z przyzwoitymi zarobkami.

    i wczoraj z tej okazji bylo u mnie na chacie male swieto.
    awansnalidera.jpg


    • RSS