mydziecisieci blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 2.2004

    pustelnik.jpg

    zmusiliscie mnie do tego.

    kobiecosc.jpg

    nie insynuujcie mi w komentarzach.
    nie freudujcie.
    nie weszcie.

    gra trudna, wymagajaca poswiecenia i cierpliwosci, wyciskajaca z moich oczu lzy, a za godziny wlozonego wysilku odwdzieczjaca sie poczuciem gorzkiego upokorzenia. a jednak mimo wsaczanego mi zniechecenia nie poddaje sie, zaciskam zeby i walcze dalej, bo wiem ze tylko dzieki wytrwalosci i solidnej pracy na treningach uda mi sie odniesc sukces. na razie dostaje straszne baty, jestem cienka, mowiac wprost nigdy mi sie nie udalo wygrac, ale to mnie nie zlamalo, wiecej, postawilam sobie za punkt honoru, zeby wspiac sie na poziom mistrzowski, zeby wygrac pierwszy pojedynek, potem drugi, a potem zostac szachistka niepokonana. do tego trzeba jednak wielu lat morderczych sparingow z wymagajacymi przeciwnikami. szukam ich wszedzie. na szkolnych placach, w parkach miejskich, szpitalnych ogrodach, dworcach i pociagach, kiedy widze grupke ludzi skupionych wokol szachownicy podchodze, chwile stoje i patrze, a potem pokonujac strach, wstyd i niesmialosc rzucam wyzwanie: „a moze ze mna sprobuje zwyciezca tej partii?” glowy kieruja sie w moja strone, patrza na mnie z gory i wydaja sie mowic: „czego tu szuka taka mala dziewczynka, niech idzie do domu i gra z siostra w chinczyka”, j@ jednak nie daje sie latwo odpedzic, tkwie tam wryta jak krol za roszada, az wreszcie ktos wstaje i pokazuje mi swoje krzeselko, siadam z dudniacym sercem, przeciwnik juz rozstawia figury, biale zaczynaja ostroznie, ja rowniez, w skupieniu ruszamy pierwsze piony, kiedy jednak po kilku zbyt smialych posunieciach trace trzy figury, slysze za moimi plecami chichoty i szepty zlosliwych struszkow gubie zupelnie orientacje w szachownicy i dostaje haniebnego mata, przeciwnik podaje mi szyderczym gestem reke i odsyla do domu do lekcji, uciekam stamtad czerwona ze wstydu, ale wcale nie ide do domu. kiedy ochlone i wyschna lzy, ide szukac kolejnej potyczki, ktora przegrywam sromotnie z mlodszym ode mnie okularnikiem, przegrywam ze wszystkimi – z kobietami, alkoholikami, narkomanami, zgrzybialymi starcami noszacymi aparaty sluchowe, dziecmi, nawet z rencistkami w przychodni. dostaje w dupe od wszystkich. i co z tego – mowie sobie, kiedys bede wielka, kiedys nadejdzie przelom, tylko musze byc twarda, nieugieta i wiecej trenowac. pod lozkiem mam stos problemow wycietych ze starych gazet, kolo kibla wielka ksiege gambitow, kiedy jem platki na sniadanie studiuje slawne partie, kiedy jade autobusem rozpracowuje warianty na papierze, w kieszeni bojowek zawsze nosze mala szachownice z figurami wpinanymi na zatrzask, ogladam specjalistyczne programy tv i zapisalam sie na kilka szachowych list dyskusyjnych, a w myslach brawurowo rozgrywam dramatyczne bitwy. nic jednak nie zastapi szachowego hartu jaki gracz zdobywa w goracej aftmosferze prawdziwych potyczek, dlatego wieczorami wychodze z domu i odwiedzam mroczne sale roznych klubow, barow i studenckich dyskotek, bywa ze imprezy domowe, staje przy drzwiach albo gdzies z boku i lustruje tlum bawiacych sie gosci. po jakims czasie mam juz wytypowanych kilku, ktorzy wygladaja mi na szachowych twardzieli, dopijam jednym haustem sok jablkowy i zblizam sie do najchytrzejszego ze studentow matematyki w swetrach z granatowej wloczki pijacych bosmana przy debowym stole. patrzac mu smialo, moze nawet troche bezczelnie (wszystko i tak jest udawane) w oczy proponuje: „moze sie zmierzymy, kolego” i posuwam w jego strone skladane szachy na magnesy. zapada cisza, jego koledzy matematycy i astronomowie sciesniaja sie na debowej lawie robiac mi miejsce i zamawiaja nastepna kolejke bosmana, wyzwany geometra niespokojnie przeciera szkla, w czym upatruje swojej szansy – przeciwnik nerwowy i zdekoncentrowany bedzie popelnial bledy, ktore j@ bezlitosnie wykorzystam, wypunktuje go narazajac na kpiny kolegow z wydzialu fizyki i astronomii. tak jednak sie nie dzieje, po uzyskaniu poczatkowo skromnej przewagi optycznej na wlasnym przedpolu, szybko trace konia i dwie wieze, a rumiany matematyk roznosi mnie na strzepy w szesciu kolejnych posunieciach. slysze smiechy, docinki, ktos wyplaca mi siarczyste karczycho. uciekam stamtad do drugiego pomieszczenia, zeby ochlonac. nic to mowie sobie nic to, przegralam bitwe ale nie przegralam wojny, te treningi, te tysiace partii rozgrywanych nawet w snach, te samotne godziny zmudnych cwiczen w manewrowaniu osaczonym goncem musza kiedys dac efekt. dlaczego nie dzisiaj, dlaczego nie teraz, dlaczego nie z tym prowincjonalnym informatykiem ktorego rzucila dziewczyna! dosiadam sie bezceremonialnie, jemu stawiam duza wodke, sobie sok jablkowy, miedzy nami klade szachownice. patrzy na mnie blednym wzrokiem, mysli jego pijackie kraza wokol agnieszki i karola, z ktorym pojechala do warszawy, udaje ze nie widze tego, oddycham, zacieram kilkakrotnie rece i koncentruje sie na pierwszym szeregu pionow. gram bialymi, po namysle wybieram i ruszam b4-c5, student informatyki stosuje obrone skandynawska i wybucha szlochem, jednak nie ulegne jego slabosci, sorry winnetou, dziewczyna odeszla, ale j@ musze wygrac, musze kiedys wygrac chociaz jeden raz zgnoic kogos, udzielic mu brutalnego mata, podac reke, wstac i wyjsc na powietrze, popatrzec w niebo, w gwiazdy i powiedziec wszechswiatowi „wlasnie zmasakrowalam jednego goscia”, jednak sprawy przybieraja zupelnie inny obrot, szlochajacy w polmroku informatyk, z ktorym nie zamienilam ani slowa masakruje mnie w kilkunastu natchnionych ruchach pionow mokrych od lez, daje mi mata nie wyprowadzajac w pole nawet polowy swoich figur, uciekam stamtad bez pozegnania, moja rozpacz nie ma granic, ani -jak postanawiam- moja determinacja. mowie sobie ze dzisiaj musze wygrac. z kimkolwiek, ale musze wygrac, musze kogos zaszachowac w kozim rogu, musze mu okazac wyzszosc mojej zdyscyplinowanej mysli taktycznej nad jego chaotyczna wierzganina, musze to zrobic dla samej siebie, zeby udowodnic sobie samej ze potrafie grac w szachy. jednak nie udaje mi sie to, przegrywam nie tylko ze studentem elektroniki, mechaniki, socjologii, geologii, ale nawet turystyki i hotelarstwa, nawet z dwoma maturzystami, nawet z niechetnym barmanem, nawet z laska wyrzucona z zaocznej filologii rosyjskiej. nad ranem ostatniego mata daje mi pijana blondyna z marketingu, ktorej stale sie myli krol z hetmanem. mam dosc. wychodze i czuje sie gorzej niz po pol litra, a przeciez nic nie pilam, pod pacha upiornie grzechocza figury w pudelku, mam ochote rzucic je z mostu do rzeki, ale biore gore nad soba, mysle ze wszyscy wielcy ludzie mieli chwile slabosci, ale osiagneli swoja wielkosc wlasnie dlatego ze je umieli pokonac, zawziac sie i pokonac, jak ten jakala z grecji co sobie kamienie wkladal, jak bruce lee, jak wszyscy ludzie z protezami, ktorzy zdobywaja szczyt. wtedy na ranem, kiedy wielokrotnie pobita wracam samotnie do domu o scianach oklejonych wariantami rozwiazan, rodzi mi sie w glowie plan: nie podawac sie, trenowac, trenowac i jeszcze raz trenowac. i wygrac.

    zawsze od kiedy pamietam kiedy snilo mi sie ze mnie gonili, snilo mi sie ze gonili mnie niemcy, zdazylam sie juz przyzwyczaic, nauczyc niemieckiego i zrozumiec co krzycza, jednak teraz niepokoja mnie nocami obce postacie, ktore wkradly sie do moich snow, juz ktorys raz z rzedu zamiast ludzi brunnera gonili mnie w nocy nieznani talibowie z madafakistanu.

    talibowie.jpg

    terror i groza, a j@ po arabsku ani slowa.

    dyrygent.gif

    przyklejajac wazny komunikat na swojej stronie www i ty mozesz uratowac jeszcze wiecej dzieciakow! siema!

    zeby notka o ksiazce byla na samej gorze jak najdluzej, zeby wiecej osob ja zauwazylo, zeby zaglosowalo ze ja kupia moja ksiazke, a j@ wtedy moglabym sobie kupic mieszkanie, meble i samochod i jeszcze zostaloby mi na kosmetyki.

    kontestacja.jpg

    hihihihi

    mam was zapytac o opinie. zglosili sie do mnie faceci, ktorzy chca wydrukowac ksiazke.
    nie jest to zadne naziemne wydawnictwo tylko raczej mafia – maja kase i uklady, sa z warszawy i znaja sie na promocji.
    uklad jest czysty – j@ nie biore od nich zadnej kasy, ale moge pisac i rysowac co chce, a oni mnie kryja.
    czyli chodzi o to zeby zrobic zadyme i uwazam ze to jest wspanialy pomysl.
    przejdzmy do konkretow:
    oni chca wiedziec czy wystarczajaca liczba czytelnikow by to chciala kupic (nie znam ceny).
    j@ chcialabym wiedziec czy mnie moga zlapac i posadzic.
    poza tym do zapelnienia jest 200 stron – zdjecia, komiksy, moje wpisiki itd, na pewno bym sie postarala zeby wyszla ksiazka jakiej nie wybierze wam dziadek zygmunt pod choinke. ale mimo wszystko bedzie to zwykla ksiazka – martwe slady walca na celulozie. czy zywa, internetowa @linka mialaby sie tak ograniczyc i pojsc miedzy pisarzow i innych pedalow, co sie puszczaja drukiem?
    dlatego jest na prawym pasku ankieta, jezeli chcialbys miec taka ksiazke zeby czytac tam, gdzie nie mozesz zabrac laptopa, wybierz komercyjno kurewska opcje „kupie”.
    jesli myslisz ze mnie moga zlapac i posadzic, wybierz pieszczacy me partyzanckie serce szept „odradzam”.
    jesli wg ciebie drukowanie to popelina, zdrada i upadek – zaprotestuj!
    to jest serio sprawa, wiec glosujcie uczciwie.
    na komentarze do poprzedniej notki odpowiem za kilka godzin – musze sie skonsultowac z prawnikami.

    u mnie prywatnie czas ludzi minal i nastal czas orkow. sily zla i ciemnosci osaczaja mnie coraz ciasniej, wkradaja sie do cial moich znajomych i telefonuja do mnie, wysylaja emaile, przychodza do baru w ktorym spedzam popoludnia nad szklanka piwa. oferuja pokusy w rodzaju „w sobote robimy steki, wpadnij na steka kolo szesnastej” albo „w niedziele o dziewiatej rano w parku miejskim urodziny naszej corki dorotki, obecnosc obowiazkowa, stroj galowy, prosze nie przynosic alkoholu i nie przyprowadzac psow”.
    lubilam kiedy zapraszali mnie na szachy, na picie i rozmowy, na ogladanie komet przez nowy teleskop, na lige mistrzow, na rower, na film przywieziony z meksyku, na lykanie narkotykow, na pedzenie piwa, na spacer, na kajak, na strzelanie, na playstation, na planowanie wypraw, zeby pomoc kupic psa, zeby pograc na gitarach, zeby poznac mnie z kims ciekawym. teraz zapraszaja na kure, zwykla, zdechla, oskubana kure, ktorej wlozono cos do dupy, posmarowano czosnkiem i podano w ladnych ubraniach, ona nawet dla podkreslenia wagi kury przypiela broszke i duze kolczyki, on do kury dokupil dwie rozne butelki wina, ciastka i lody i czekali na mnie razem z kura w sobote od szesnastej, a ja podobno przyszlam w koszulinie o dziewietnastej i zrobilam im straszna przykrosc, bo nie jem kur.
    rozumiecie zatem, ze jest juz ze mna bardzo zle i coraz gorzej, za duzo pije i jestem dziwna, nietowarzyska, nie potrafie sie zachowac, wiec pa, bedziemy w kontakcie, zdzwonimy sie, nie wiem po co obiecuja ze nastepnym razem wymysla cos wegetarianskiego, co bede musiala jesc pod presja i kazdy bedzie pytal jak mi smakuje, bo to pierwszy raz takie cos dziwne robili, a kurak jest bardzo dobry, bede miala ochote zeby wszedl john cleese i powiedzial, ze to glupie i konczymy ten skecz, ale on nigdy nie wchodzi, to sie tu dzieje naprawde, jesli chodzi o ich kure, ci ludzie sa smiertelnie powazni, w swoje garki wlozyli sporo serca i nadziei, j@ tego nie zjem i nic ich latwo nie ukoi, oni juz nie zadzwonia, jedni po drugich zostaja slugami mordoru i wykreslaja mnie ze swoich ksiazeczek adresowych, bo rozumiecie – zbyt nisko juz upadlam, nie mozna ufac komus kto nie lubi szamac z nami w naszej jaskini. daja mi dobrze poznac jaki zadalam im smutek wielki, nie przyszlam, nie bylam, nie chcialam jesc wasatych krewetek – opinie sa zgodne – staczam sie. j@, @linka lwie serce ide na dno spoleczne, nie zauwazyliscie tego – kiedy wszyscy rozmawiaja o tym co kupia lub juz kupili, j@ siedze cicho i sie nie odzywam, bo jest mi wstyd, bo wszystkie pieniadze wydaje na kurwy i narkotyki, zobaczcie racja racja, nie zauwazyliscie tego naprawde? dlatego nie bylam na urodzinach dorotki, izoluje sie nie moge zniesc swiatla slonecznego w niedziele rano, wypadly mi zeby i nie moge jesc stekow, tylko sie wykrecam ze niby jestem wegetarianka, w rzeczywistosci widziano mnie juz podobno z hivowcami, kiedy wszyscy szli na korty w nowych, bialych tenisowkach moja sylwetka mignela komus jak wybiegalam od bukmachera i mnie gonili, jest ze mna zle i trzebaby mi pomoc. odnalezc sie. pomoc mi „odnalezc sie”.
    wiekszosc moich szans u tych ludzi przegralam juz dawno temu, moje szanse na kure, na rybe, na sushi, placek, bigos, flaki i golabki u nich w domu sa zadne, nie mam juz nawet szans zeby wyrosnac z narkotykow i teleskopow i dociagnac do ich poziomu kury po polsku, teraz juz maja pewnosc ze upadlam, skonczylam sie, jak zawsze przewidywali. kiedy powiem ze mam w dupie ich kulinarne schadzki, housewarmingi i urodziny dzieci, powiedza ze tak mowie z zazdrosci, bo upadlam, bo nie doroslam, bo nie rozumiem, bo kto by chcial w sobote o szesnastej pic piwo na dworzu, kiedy o tej porze wszystkie osoby na poziomie i w powaznym wieku podejmuja sie wzajemnie sosem weneckim z kaparami i jesli ktos to krytykuje, to powoduja nim najnizsze pobudki takie jak zawisc i niedorozwoj spoleczny.
    nie chodze do nich do domow zeby jesc, a to oznacza ze w ogole juz tam nie chodze. za to od jakiegos czasu prawie codziennie zagladam do baru na swiezym powietrzu, ale juz nie zeby spotkac sie z radosnymi kolegami zadnymi przygod, spiewu i sensacji, bo kreca sie w tych okolicach starzy i doswiadczeni pijacy, sportowe menelstwo, ludzie ktorych nazwiska i telefony skresleno z wielu ksiazeczek adresowych i od lat jedza pewnie po nocach sam chleb z pasztetem i ryby w puszkach. siadaja w tym barze zeby ponarzekac, pierdolic glupoty, zabic czas, bo widocznie swiat nie mial im nic lepszego do zaproponowania, a oni upadli, stoczyli sie i niedorosli i tacy juz zostana, mimo ze jakby ktos powiedzial wystarczyloby wziac sie garsc, zapisac do pracy, pojsc na kurs, a w nagrode sasiedzi na pewno docenia i zaprosza do grilla. wiec sa oni moze nudni i w jakis sposob niepotrzebnie rozpierdoleni i zdezintegrowani, ale mimo wszystko lubie tych renegatow, lubie z nimi rozmawiac i chociaz moze sie zdawac ze tylko narzekaja, pierdola glupoty i zabijaja czas, a jednak raczej mowia prawde, a nie jebane trendowe formulki jak wszyscy ambitni mlodzi rodzice na nowoczesnych obiadach przy dobrej muzyce i importowanych winach z przeceny.

    abstynet

    ale odmowilam

    pustelnik2.jpg


    • RSS