mydziecisieci blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 12.2004

    przemowienie prezydenta sejmiku wojewodztwa koszalinskiego do mlodych blogerow wygloszone podczas zjazdu mlodych blogerow na sejmik wojewodztwa koszalinskiego

    zostanie po was, ludziach informatycznego neolitu, cala masa plikowego scierwa. zapisane gry, teksty, kawalki tekstow, strzepy kodu, listy, piosenki w mp3, fotografie cyfrowe, skany, zalaczniki, pedeefy, arkusze kalkulacyjne i reszta zarchiwizowanych przed formatowaniem danych. wszystko zgrane na zapasowy serwer lub kilkanascie plyt dvd i porzucone na strychu, gdzie tomek potomek znajdzie to za sto lat, otrzasnie z kurzu, zniesie na dol i moze nawet uda mu sie odczytac przy uzyciu jakiegos specjalistycznego sprzetu. co zrozumie? pomyslcie, ze wy znalezlibyscie 30gb szczegolowych danych z lat 1935-1945 po waszym dziadziusiu: efekty jego eksperymentow z nowym aparatem leica przeprowadzanych na jakiejs semickiej albo ukrainskiej laluni, ktora miala szanse zostac wasza babcia, ale tak sie nie stalo, tajny blog z rozwazaniami o bogu i maszynach liczacych przyszlosci, erotyki, prace szkolne i opowiadania, skargi i petycje, zabawne zalaczniki od figlarnych kolegow, kilka albumow jana kiepury, kawalki w stylu szwagierkolaska original gangsta, zripowane filmy leni riefenstahl i inne kompromitujace materialy, ktore sie zwykle zachowuje na dysku, a kiedys wyrzucalo przy okazji remontu, wojny albo przeprowadzki.
    nie kazda nastolatka zdaje sobie sprawe z tego, ze dane cyfrowo zapisane moga wracac do chaosu dluzej niz plastikowe butelki zalegle na dnie oceanu i ze udostepnicie anonimowym odbiorcom z nieodgadnionej przyszlosci obszerne zasoby doskonale zachowanych informacji i sladow po myslach zupelnie nieistotnych z punktu widzenia wiecznosci, jesli sie nie zostalo leonardem da vinci.
    za pare lat, czyli np w roku 6004 powspomina gazeta wyborcza – wtedy polacy zrobili to, modne bylo tamto, mlodziez rajcowalo cos jeszcze innego – bedziecie dla nich starozytnymi, ciekawostka odleglej i niezrozumialej przeszlosci, a ich wyobraznie podsycac bedzie eksploracja zasobow blogowych – termitiery informacji nt wspolczesnosci i ludzi w niej zyjacych. wasza zwykla dzisiejszosc bedaca dla nich starozytnoscia, wyda im sie epoka nieskomplikowana i beztroska, beda wam jej zazdroscic i osadzac w niej akcje idyllicznych komedii milosnych, niewyobrazalnie niemozliwych w zagmatwanym i napietym wieku lxi. chociaz madrosci wygrzebane z cmentarzyska zdechlych blogerow w adomasowych archiwach odkryja pewnie niejednego kafke z sieradza, nasza wspolczesnosc bedzie im sie wydawala prosta jak nam wydaje sie zycie simonidesa z keos; to ze ktos komus dal w ryja na ulicy wyda sie w zapetlonej wieloprzestrzeni metacyberrzeczywistosci alternatywno-wirtualnych zjawiskiem prostym i romantycznym jak polowanie na bizona. badzcie wiec madrzy i stonowani, bez dziwact i odpalow, godni miana „starozytnych”, a wasz szlachetny jezyk niech plodzi notki, ktore posluza jako maksymy wpisowe do pamietnikow szkolnej dziatwy w 6004. bowiem nie wiadomo dzis kto i po co czerpac bedzie kiedys z waszych zapiskow. pamietajcie o tym kiedy dajecie po sieci i godnie wsrod przyszlych pokolen rozslawiajcie wspolczesne wojewodztwo koszalinskie!

    jesli zdziwily was te przerwy biale miedzy notkami, wyjasniam: pierdolnal serwer serwujacy obrazki i teraz banerki oraz archiwum z prawej kolumny rozpychaja layout tak, ze sie cala tabela rozciaga i stad te szczerby. dlatego wiec pomimo ze planowalam dac wam dzisiaj nowy numer waszego ulubionego magazynu z darmowym singlem wirtualnym, co jest niemozliwe do czasu usuniecia awarii i mimo, ze bardzo bola mnie rece musze napisac cos dlugiego, niekoniecznie na temat, ale zeby wypelnilo lewa szpalte i zapchalo dziury litym tekstem.
    opisze dzien zeszly i jakies mysli, wrazenia, to bedzie jak znalazl na blogusiu, choc nastroj mam jak na @linke ponury. obserwowalam wielkiego zuka, ktory wpadl w pajecze sieci i wsciekle bil skrzydlami starajac sie wyswobodzic. trwalo to dlugie minuty, dla mnie maly pstryczek, aby go uwolnic, ale wolalam zaczekac (nie mieszac sie do natury, nie mieszac sie do natury), aby obaczyc co sie stanie – nie uwolnil sie, zdechl, uhehe, a moze klamie, moze sie wyrwal po zawzietej walce i odfrunal kursem na wolnosc – tego nigdy nie zdradze. na podstawie takiego obrazka mozna wysnuwac tysiace alegorycznych analogii, ze ten kto wytrwale napierdala, w koncu sie wyzwoli, albo ze ten kto niedbale sieci zaklada i nie czyha na ofiary, chodzi spac glodny, czy ze marny jest los nieuwaznych, wszystko jest przesadzone albo cokolwiek jeszcze z tej dziedziny – przyslowia polskie i blog polski.
    wrocmy jednak na ziemie.
    poprzedniej nocy upilam sie okrutnie. kiedy czasteczki alkoholu przebily sie przez firewall rozumu, diabel dobral sie do jadra mej duszy i polechtal pierwotnego dzikusa, ktory siedzial wiele lat zwiazany w ciemnym lochu. wyswobodzony dzikus przejal nade mna kontrole i wypchnal na zewnatrz. tam wiatr od oceanu powial w me nozdrza, budzac w najglebszych pokladach mego lezbijskiego jestestwa zew odkrywcy, lowcy przygod i mysliwca w pogoni za piekna nieznajoma. z garazu wyprowadzilam hulajnoge, ilez bym wtedy dala za rumaka, na ktorym moglabym popedzic co tchu przed siebie, ale nie bylo rumaka, byla tylko hulajnoga – japonska, blaszana, nie moja zreszta. popedzilam hulajnoga w ciemny dol, po ulicy obsadzonej palmami opadajacej gwaltownie ku rzece. ciemnosc, wiry, opary alkoholu buchajace mi z pyska, i j@ na tej hulajnodze prulam w dol odbijajac sie brawurowo od asfaltowej nawierzchni, podskakiwalam na jednym kole, podfruwalam, juz prawie wcale nie dotykalam ziemi, az – przednim kolkiem o srednicy denka butelki od browca wjechalam w dziure, wielka dziure niezalepiona przez drogowcow na czas. potezna sila wyrzucila mnie w powietrze i niczym bezladny wor smieci, z krzykiem opadlam z ciemnosci na asfalt doznajac groznie wygladajacej kontuzji obu rak. takze hulajnoga ulegla zniszczeniu.
    zbolalym krokiem wracalam na piechote pod gore, krwawiac z obu dloni, a na plecach nioslam pognieciona hulajnoge, jak ikar. w polowie gory spotkalam znajomych, to znaczy oni mnie znali podobno, bo j@ ich nie znalam, czy mowiac scislej – nie moglam sobie przypomniec okolicznosci w jakich zawarlismy znajomosc. uwierzylam im na slowo, bo zwracali sie do mnie po imieniu i odnosili z wyraznym szacunkiem, jakbym co najmniej uratowala kogos im bliskiego z wypadku, a podczas akcji doznala szoku i amnezji i niczego teraz nie pamietala. teraz oni zatroszczyli sie o mnie, jeden przejal hulajnoge, a drugi podprowadzil do kranu z woda, gdzie moglam mniej wiecej umyc sie z krwi, szkielek i grudek asfaltu. potem poszlismy do nich, mieszkali niedaleko i byli raperami. lokal mieli niezle rozjebany, centralne miejsce salonu zajmowal komputer pc bez obudowy, z ktorego non stop, jak mi wyjasnili, nieskonczonym strumieniem danych napierdalal westcoast rap z empetrojek, wszedzie dookola lezaly talerze z brazowymi resztkami ryzu, widelce i kolorowe komiksy, a na ustawionych pod scianami materacach klebily sie skotlowane spiwory, pod niektorymi moze ktos spal a moze nie, trudno bylo dociec. jeden z kolesi od razu wyjal salaterke, nozyczki, cos zielonego i spreparowal smacznego blanta, ktorego spalilismy rozmawiajac ogolnie o kulturze i muzyce w szczegolnosci. pamietam ze niezwykle rozbawila ich moja wzmianka o tym, ze kiedys na kazdym albumie metalowym byla obowiazkowa ballada, ktora chlopaki uczyli sie grac na gitarach akustycznych, aby zaimponowac dziewuchom, smiali sie tego strasznie i dali mi do ogladania ksiege domownikow, zeszyt gladki formatu a3, w ktorym wszyscy czterej stali lokatorzy oraz nieznana liczba koczownikow i gosci uwieczniala swoje rapy i jaskiniowe fantazje seksualne. w warstwie tekstowej dominowaly rymowane eposy o zyciu wspolczesnym, blantach, dziwkach i policji, ilustrowane dlugopisami w lale z duzymi cycami i glowami ubrane w stroje kapielowe, cwiercprofile samochodow sportowych rysowane w jednakowej izometrii i jakies trolle albo nauczycielki od polskiego, trudno bylo dociec. na pozegnanie udzielilam im porady zeby nade wszystko zachowali swoja niezaleznosc, zeby nie dazyli za wszelka cene do podpisania kontraktu z duza wytwornia syfu: „nie dac sie, kurwa, nie dac sie, chlopaki!” tak im powiedzialam, kupilam od nich dwa gramy marihuany i poszlam do domu.
    dzisiaj w poludnie obudzilam sie i patrzylam na zuka w pajeczynie i chuj nic mi do glowy nie przychodzilo, czy mam stanac po stronie zuka czy pajaka pijaka, ktory wiadomo, ze tez zjesc cos musi, moze nawet i kogos nakarmic i tak myslalam o niezaleznosci i roli czlowieka we wszechswiecie i zajebiscie trudno mi bylo cokolwiek dociec i powiedzialam sobie, chuj – moze tak wlasnie ma byc?
    pomyslalam tez, ze nie wydaje sie mozliwym stwierdzic cos jednoznacznie i na pewno jesli chodzi o kwestie fundamentalne, ktore to stwierdzenie od razu wydalo mi sie banalne i nic nie wnoszace, potem wykapalam sie (z pianka) i troche posluchalam muzyki, troche pogralam na gitarze, cos tam jeszcze porobilam dziwnego na boku i jak o tym wszystkim teraz mysle, to wydaje mi sie, ze sie tak tylko kurwa miotamy bez celu i puenty jak schwytani w siec, ale nie przejmujcie sie – na kacu i ze strupami na rekach i czole zawsze mam takie mysli, a nie dalej jak w srode na pewno odnajde znowu sens i radosc w beczce piwa i sie z wami podziele tym, co w zyciu najlepsze! bywajcie moi wierni czytelnicy, bywajcie!

    kiedy wstaje po ciezkim tygodniu wtajemniczen w kolejne szczeble menelstwa i patrze w twarz, jaka jawi mi sie w zawieszonym na scianie obcego pokoju lustrze, mam jeszcze w sobie ostatnia iskierke czlowieczenstwa i nie mowie, ze truli mnie bioksynami blogowi przeciwnicy, tylko wyznaje przed soba akt cywilnej odwagi: jestes menelem, @linko!
    wrocilam, ale inna jakas.
    zarzad zadecydowal, ze siedemnastoletnia @linka lwie serce wesprze doswiadczona pania aline w walce o ligowy byt pelniac funkcje konsultanta fabularnego. bede napierdalac notki zwyczajne, bo jednak cos sie dzieje w moim zyciu o czym warto opowiedziec.
    a moze to tylko wykret, moze po prostu formula bloga jest silniejsza niz wszystko inne nawet niz pani alina i kto raz zaczal ten juz nie moze przestac i chcialby tylko opowiadac i opowiadac o sobie do tego internetu ludzac sie, ze kiedys opowie moze wszystko i zostanie przez kogos doglebnie zrozumiany. na nic wszystkie pozy i maskarady – od siebie sie nie ucieknie, soba sie juz takim jest, pani @linko internetowa lezbijko…
    swoj powrot chcialabym uswietnic okazyjna promocja: do kolejnego wydania magazynu „pani alina” dolaczony zostanie wirtualny singel z utworem szczecinskiej formacji grajacej wyrafinowane disco terror, a kazdy kto przyjdzie na stadion z dziewczyna dostanie gratis parowke.

    panialina007.jpg


    • RSS