mydziecisieci blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 4.2005

    od jednej znajomej, ktora wystepowala w kategoriach „kuchnia tropikalna” i „czekolady” dostalam darmowy bilet i poszlam na zawody kucharskie. wokol stoisk serwujacych pierogi ravanelli, oczy z galarety i wiele innych atrakcji klebil sie srogi tlum podnieconych cioc i dumnych wujow z plastikowymi widelcami. co drugi z nich mial poplamione plecy, do butow przyklejal sie chleb z maslem czosnkowym i czekolada, a w nagrzanym powietrzu wisiala kuszaca obietnica perwersyjnej wojny na torty i damskich zapasow w kisielu.
    j@ osobiscie zjadlam tylko troche orzeszkow wylozonych w eleganckiej popielniczce przy wejsciu i nie zwiedzilam nic poza toaleta, gdyz ogromne wrazenie wywarlo na mnie stoisko z winem „gratis” oraz sliczna kuchareczka, ktora uzupelniala na nim oferte. kiedy okazalo sie, ze musi ona tam byc tylko dopoki nie skonczy sie wino, to pomoglam jej i je skonczylam, bo wcale tak duzo nie bylo, ona zdjela fartuch i poszlismy na piwo. juz w taksowce wyjawila mi, ze kuchni nienawidzi, a w zawodach brala udzial z woli ojca tyrana, ktory jest dyrektorem finansowym mafii i oplaca jej szkole kucharska, zeby nie siedziala w domu i nie przychodzily jej glupie mysli do glowy, a kiedys – powiedzial – kupi jej w krakowie restauracje.
    ona sama jednak, wyznala mi, bardziej od krzatania sie przy garach woli konsumpcje alkoholi i narkotykow i dzieki temu szybko nawiazala sie miedzy nami nic blizszego porozumienia.

    kuchciki1.jpgkuchciki2.jpgkuchciki3.jpg

    na zdjeciach: wino „bierzcie i pijcie”, dziewczyna z czekolady i zrenica meduzy – wykwintny przysmak. a kuchareczka? sympatyczna szatynka, wypilismy po piec duzych i doszlo miedzy nami do flirtu bez penetracji.

    czyzby dopadla mnie mala stabilizacja?

    nie ma, sa za to: „wiersze dla czytelnikow”: @linka spiewa i akompaniuje sobie na syntezatorze „yamaha”:
    1. nie tedy droga do mego serduszka
    2. teskno mi po was mile czytelniki
    3. gdy zakwitna bzy
    4. wiecznosc przy was mgnieniem jest
    5. krew nie woda
    6. jestescie jedyna radoscia mego zycia oprocz paru innych rzeczy
    7. trudno jest mi poetce wyrazic w slowach to co do was czuje
    8. *** („zostawili po sobie zapach plynu do plukania tkanin…”)
    9. tomek klos pawel brozek goooooooooooooool!!!!!!!
    10. hallellujah (oh my readers, hallellujah)
    +bonus ‘nie tedy droga do mego serduszka’ wosp 2002 live in lodz remix
    plyta vcd wkrotce jako dodatek do nowego numeru klaudii lub jako prezent wysylkowy od reader’s digest.

    i przepraszam wszystkich zainteresowanych – nie jestem maslowska ani mesjaszem. maslowska jest taka jedna, a mesjaszem jest tomasz budzynski.

    kiedy stalam w warzywniaku w kolejce po sok marchewkowy, okrutnie wypacykowana ekspedientka rozkazala mi wylaczyc mp3player’a. swoj dekret uzasadnila tlumaczac, ze ‘blind guardian – battalions of fear’ przebija przez sluchawki i przeszkadza jej pracowac! skandal! wyszlam z warzywniaka natychmiast!

    chyba musze to koniecznie zapisac na blogu.pl: dostalam serie w plecy. a konkretnie serie niepowodzen od zycia. zaczelo sie przedwczoraj wieczorem, kiedy tok moich mysli przerwal telefon, ze idzie sabinka. aby nie zauwazyla ze palilam ubralam czapeczke bejsbolowa i ciemki, do tego czarny starannie wyprasowany golf elastyczny, zazylam gume podwojnie freshowo mietowa, gruntownie wysprztalam pokoj z popiolow i zapalek i odswiezylam odswiezaczem zawarte w nim powietrze. akurat kiedy weszla lezalam na podlodze – „znowu bylas kreatywna” – powiedziala z pogarda i popatrzyla na mnie tym cynicznym wzrokiem zlej suki z agencji reklamowej, kiedys jej przyjebie za to spojrzenie, i wlaczyla dvd. a j@ tak bardzo chcialam nie przegapic na history czanel “great romances of 20th century: adolf hitler and eva braun”, ale sabinka wolala jakis eksperymentalno modernistyczny libansko lezbijski film „rzygi na celuloidzie” o trudnosciach adaptacyjnych i nie chciala sluchac moich prosb i blagan, mowila ze widzimy sie tak rzadko, ze moglabym choc raz zrobic to, co ona chce, na koniec padlo sakramentalne „albo adolf albo ja”, a poniewaz wiedzialam, ze jesli wybiore adolfa to ona i tak zostanie i mi bedzie pierdzielic o sobie jaka jest przeze mnie nieszczesliwa, dlatego wybralam te eksperymentalne „rzygi” o arabskich rezyserkach filmow eksperymentalnych z monachium, zeby chociaz troche spokoju bylo i zasnelam juz przy drugiej dyskusji o zyciowych problemach nierozumianych artystek filmowych. potem od wczoraj rana stara znowu sie darla, miala pretensje, ze „leon”, tzn „syn sasiadki odniosl sukces blogowy! a ty co? nic!”, a ja mowilam, ze „jeszcze pokaze im wszystkim, ze konkurs jest teraz i moge go wygrac”, a stara wrzeszczala, ze „nic nie wygram, bo jestem zerem martwym kolnierzem”, a „kobiety miejsce jest w kuchni, a nie na internecie” zza gazety dolewal oliwy do ognia jej obecny konkubent (poprzedni w piatek wyszedl trzepac dywan i zaginal – dywan odnaleziono w miescie oddalonym o 300 km, wszelki dalszy slad sie urywa), a na dodatek zorientowalam sie, ze to nie ten poprzedni, a wlasna babcia podkradala mi marihuane – widzialam to po jej cynicznym wzroku, babilonskie nasienie nigdy tak sie od rana nie usmiecha i nie slucha rege. nie moglam juz tego zniesc dluzej i wybieglam do szkoly, po drodze jeszcze zabralam jedno piwo na droge. wkurwia mnie ze ludzie, z ktorymi dziele lodowke zra tyle cebuli, a cebula sie niesie zapachem po calej objetosci i jak wyciagam przed szkola albo po pracy zasluzona puszke tyskiego, to wali ona jak ruskie frykasy i pierwsze pol musze pic przez rekaw. ale dopiero jak juz z klatki wyszlam to sie zorientowalam, ze ten nowy konkubent – a taki niby swojak sie na poczatku prezentowal – zajebal mi tyskie i zostawil jakies inne w podobnej bialej lusce, chyba za piecdziesiat groszy je gdzies musial kupic, bo smak mialo chujowo gesto mydlany spienisty jak szampon do psow marki „kundelek”, ktorego kufelek wypilam kiedys na skutek przegranego zakladu o wynik meczu anglia-argentyna. to piwo bylo tak ohydne, ze az poczulam sie naprawde zle! w takim stanie nie moglam isc do szkoly, jednak mialam niedawno osobista rozmowe z dyrem, ktory powiedzial ze jeszcze jedna nieobecnosc i sie pozegnamy i nie zartowal. dlatego poszlam do przychodni zeby mi zrobili przeswietlenie albo cos, w poczekalni siedziala klasa robotnicza niepracujaca i stare baby, do czytania byla tylko broszura o chorobach wenerycznych, ale nie moglam sie skoncentrowac bo wsciekle baby gadaly te swoje teksty w rodzaju „lepiej jak mlodziez pisze blogi niz po scianach smaruje” strasznie glosno, az przyszla pielegniarka i je opierdolila. baby zaczely szemrac pod nosami i patrzyly zlowrogo w moja strone, nie moglam zniesc ich cynicznego wzroku i wyszlam stamtad pomimo dolegliwosci. w szkole nic nowego – siedem godzin siedzenia w rownych rzedach jak galernicy, bez mozliwosci wykonania zauwazalnych ruchow nieprzewidzianych przez regulamin. w takich sytuacjach lubie nieraz nic nie czuc, wylaczyc system i zostac na stendbaju jak murzyn w transporcie zeby nie tracic energii, najlepiej jak sie uda wczesniej zapalic, ale bez gandzi tez potrafie, pozornie skupiona schylam glowe i w stanie relaksu patrze na szramy wyryte tanimi dlugopisami poprzednich rocznikow w drewnianych pulpitach szkolnych law i odplywam jakbym miala sluchawki i sluchala tangerine dream „ricochet” albo „rubycon” albo „encore” koncertowa, a ta platanina pradawnych wyzlobien odslania przede mna swiat zamierzchlej przeszlosci i pokolen dawno minionych, ktorych tozsamosc, lzy i cierpienie poszly juz w niepamiec, zostaly tylko te granatowe zyly w politurze. wydalo mi sie zajebista chujoza tego swiata, ze ilus tam ludziom rodzice kupowali cyrkle, ekierki, bloki techniczne, globusy i wielkie kolorowe tablice pierwiastkow, a wszyscy ci ich owczesni uzytkownicy ubrani w fartuchy z granatowego poliestru sa dzisiaj pijakami, skurwielami, co bylo juz wtedy do przewidzenia i ogolnie mozna zapytac na chuj im byly te masonskie cyrkle i ekierki? czy gdyby dano im hasac swobodnie po lakach, a pozniej przuczyczyc jedynie do podstawowych obliczen i znajomosci pisma, nie mielibysmy dzisiaj mniejszej liczby zdegenerowanych pijakow i skurwieli? mysle ze zdecydowanie tak by bylo! z zamyslenia wyrywa mnie potezny cios i towarzyszce mu hukniecie, widze ze wszyscy oprocz mnie stoja na bacznosc, bo wszedl pan dyrektor, a to pani znowu przypierdolila mi w glowe „wielkim atlasem roslin i zwierzat” i wrzeszczy „czy mi specjalne zaproszenie potrzeba”, a ja chocbym byla najsprytniejsza @linka na swiecie, to nie moge jej odpowiedziec w zadnen sposob, ktory by zdradzil moj brak pokory, dlatego nie mowie nic i nie patrze w jej cyniczne oczy jak sie nie patrzy wscieklemu psu, chociaz zastanawiam sie czy zaryzykowac korzystajac z obecnosci pana dyrektora i nie puscic pawia na jej buty teatralnie omdlewajac, to jednak strach zwycieza i pawia nie puszczam. do domu wracalam wzdluz torow i gdzieniegdzie tylko rosly, kurwa nie wiem co roslo, ale w kazdej ksiazce cos gdzieniegdzie tylko rosnie, wiec mozecie sobie wyobrazic co chcecie palmy, rzezuche, albo zwykle krzaczory przy torach, wybaczcie mi ten wtret ale jak juz sie rozpisalam na dluzej, to chcialam dac jakis opis przyrody czy cos, zeby tak nie kondensowac faktow – no i szlam wzdluz torow i minal mnie jadacy z naprzeciwka satanistyczny pociag-hipnotyzer, ktoremu nie wolno spojrzec prosto w cyniczne reflektory, bo przez nie podprogowo nadaje sygnaly infraaudiowizualne „rzuc sie stara, daj nura, skoncz z tym, rzuc sie, ciuch ciuch ciuch”, na szczescie kiedys wuefista przypierdolil mi pilka lekarska w glowe, az puscilam pawia, zemdlalam i mnie wyniesli, a lekarz stwierdzil, ze wszystko jest w porzadku, ale nastapilo uszkodzenie jakiejs blonki i juz nigdy nie bede w stanie zajsc w hipnoze ani nie ulegne reklamom. czasem teraz mysle jednak, ze moze szkoda ze mnie nie rozplaszczyl ten pociag, bo tyle niepowodzen co mnie seriami trafia, to nikt by nie wytrzymal. a w domu czekalo mnie kolejne – za co jest potepiona cyfrowo udreczona dusza moja? czy nie dosc sie juz nacierpialam jako poprzednia alinka?! kiedy wydawalo sie w zeszlym tygodniu, ze moja urywana narracja blogowa zostala wyleczona, bo omylkowo zaczelam brac tabletki na prostate, znowu okrutny tyran adminus maximus adomas caesar dokonal jakichs manipulacji i nie moglam wczoraj dodac nowej notki. page „http:admin.blog.pl” sie nie otwierala, notka z glowy poszla w chuj i to juz zupelnie mi podcielo skrzydla, bo zrozumialam, ze w takich warunkach nie mam co marzyc o wygraniu konkursu, a cyniczny adomas zamiast szybko naprawiac na pewno robil sobie kolejna sesje fotograficzna w dziwnej fryzurze. coz, jak ktos mieszka w warszawie, jest slawny i ma kupe kasy, to co go moze obchodzic, ze dla wielu nastolatek z malych miasteczek taki blog to jest jedyna szansa zyciowa zeby sie wybic na ludzi. awaria bloga mnie stlamsila ostatecznie, stracilam wiare w sens walki i naiwne proby wymigania sie od losu. jak stara zasnela, to wyskoczylam przez okno i poszlam do sklepu nocnego, nadkladajac nieco drogi, zeby zobaczyc czy jeden kolega jest aktywny. byl, siedzial sam, pil wodke i gral na komputerze, zastukalam w szybe i mnie wpuscil. zaproponowalam zeby cos zrobic razem, kolega ubral sie, wzial plecak i poszlismy po zakupy, byla druga w nocy i kupilismy dziesiec puszek. u niego nie moglismy skonsumowac bo zona spala i dziecko, dlatego udalismy sie na dzialke jego babci, bo mial klucze zeby podlewac i tam siedzielismy przy studni na laweczce. kiedy oczy przwyczaily sie do blasku ksiezyca, zauwazylismy ze po omszalych scianach studni laza czarne bezdomne slimaki, po trzeciej puszce oddalismy na nie mocz aby je rozpedzic, a slimaki zamiast rozbiec sie trwozliwie, zaczely rozpuszczac sie na obrzydliwa melase i ktorys z nich albo tez i kolega powiedzial wtedy filzoficznie, co zapamietalam: „swiat to nie miejsce dla mieczakow”.

    zaszczuta.jpg

    chcialabym zeby juz znowu bylo zimno i padal deszcz.

    nie zal mi straconych chwil, albowiem stracilam je w przyjemny sposob

    z jackiem rozpilismy 6 jedno za drugim wina czerwone do bialego rana przy muzyce patriotycznej.

    eviljack.jpg

    jeszcze polska nie zginela, poki my zyjemy!

    aha, ze czulam lekkosc wielka i ulge po tej przebiezce. no i potem nic juz sie dalej nie wydarzylo – wrocilam do siebie, wypilam dwie luski i spalam jak zabita do dziewiatej dnia nastepnego.
    dobrze jest tak sie troche dotlenic przed snem.

    widze przez okno, ze do mych drzwi zastukali eleganccy ludzie z nareczem kolorowych broszur. zejde i powiem im, ze nie mam czasu na jalowe pogawedki, bo dzis wieczorem jest koniec swiata, a musze jeszcze skonczyc notke na blogusia i zaraz do was wracam i bede kontynuowac.


    • RSS