mydziecisieci blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 1.2006

    liliowy
    rodzinne tragedie. jeden brat w ciagu zaledwie paru lat, na oczach swoich najblizszych, zostaje starym zgredem. drugi brat, jak larwa wbrew wlasnej woli przemieniona w motyla, zaczyna wiesc cichy zywot wolnego od trosk menela i calymi dniami pije z kolegami wino w cieniu rozlozystego klonu na spokojnym skrzyzowaniu malo waznych ulic. pod koniec zycia zanim jeszcze zaczelyby mu napierdalac organy wewnetrzne osiaga oswiecenie, kiedy spi na trawniku i wstepuje do nirvany rozplywajac sie w nicosci. za to ten pierwszy umiera dlugo w klinice, podlaczony do specjalistycznej aparatury, a nad lozkiem jego najblizsi i rodzina dalsza z leszna tocza brutalna wojne o to, co zostaje: duzego fiata, meble i oryginalne wydanie „mein kampf” z 1944 (mozna podobno dostac piecset euro w belgii). jest tragedia ludzka zyciowo-psychologiczna, bo drugi rozumie ze choc gardzil pierwszym to pierwszy wygral, ale nie pozostaje juz nic innego jak tylko zagulgotac przez rurke wystajaca z gardla.

    rozowy
    artysta cyrkowy na jesieni swojej kariery nabiera przekonania, ze przegral i przeswistal dane mu zycie, bo tak naprawde zawsze chcial byc policjantem, a rownolegle z nim zyjacy w tym samym miescie policjant, trzy lata przed odejsciem ze sluzby czynnej rozumie, ze zmarnowal zycie mijajac sie sie z powolaniem, ktorym bylo dzieciece marzenie zostac artysta cyrkowym. film konczy sie zle i smutno: artysta cyrkowy i policjant upijaja sie w przyplywie gorzkiej rozpaczy w dwoch roznych lokalach i wychodza na ulice. jest noc, policjant chce poczuc to, co czuje kazdy artysta trapezowy i zaczyna wspinac sie na rusztowanie przy ocieplanym budynku, nadchodzacy z drugiej strony artysta cyrkowy wola za nim: „stoj obywatelu!” i rusza w poscig. szybko go dogania dzieki zawodowej zrecznosci, jednak w walce wrecz na wysokosci dziewiatego pietra lepszy okazuje sie policjant. spleceni w uscisku spadaja na beton ponoszac smierc na miejscu. koniec marzen.

    seledynowy
    lata siedemdziesiate uplywaja sennie w malym miasteczku zagubionym na poludniowo-wschodniej zamojszczyznie. na festynie z okazji dnia ludowego wojska polskiego nad jeziorem pojawia sie tajemnicza grupa mezczyzn, ktora wykazujac sie snajperska celnoscia wygrywa wszystkie nagrody na wszystkich strzelnicach. zdobyte fanty wykorzystuja aby oczarowac trzy mlode sklepowe. to wiecej niz wystarczy aby urazic wiejska dume – miejscowi chlopacy nie pozostaja obojetni i dochodzi do bojki, ktora mimo zdecydowanej przewagi liczebnej wiesniakow wygrywaja tajemnicze przybysze lamiac nosy, rece, krzesla i co sie nawinie. wezwani na pomoc bieszczadzcy drwale ostrza topory i wyruszaja na odsiecz jelczem pozyczonym z mleczarni, ale rowniez i ci zaprawieni w gruchotaniu surowi ludzie kniei, zostaja brutalnie spacyfikowani przez, jak sie okazuje, trenujace w ukrainskich borach antypolskie dywersje komando sowieckiego specnazu, ktore slyszac muzyke seweryna krajewskiego przeniknelo przez granice na bugu aby sie zabawic z naszymi dziewczetami. wydarzenia uznane przez wszystkie strony za prowokacje doprowadzaja posrednio do strajkow, walesy i obalenia zsrr. a jednak po latach zamiast docenic, zupelnie pomija sie role odegrana przez heroicznych chlopakow z miasteczka, ktorych nowa rzeczywistosc skazala na przykre uczucie marazmu doswiadczanego od rana do wieczora na terenie upadlego pgr. bohaterowie czuja sie przegrani, za to trzy stare obecnie juz sklepowe wyszly za anglikow i zyja dostatnio w jednym z hrabstw anglii polnocno-zachodniej.

    p.s. znowu bezczelna autoreklama
    juz wkrotce w dodatku do dwutygodnika znajdziecie oprocz plyty dvd pt „najbardziej niesamowite gole ligi tureckiej” dwie plyty vcd pelne poetyckich wideoklipow michala bajora w wykonaniu @linki lwie serce ucharakteryzowanej na popularnego artyste.

    z anglika za wypracowanie pt „my personal hero jerzy dudek”.
    ide sie napic i wracam nie wczesniej jak w poniedzialek.
    przy okazji pozdrawiam czytelnikow gryge i meatballa montujacych obecnie opony w uk!

    - da mi pani maryhuany tej ladnej zielonej tak ze dwa gramy mi pani nalozy, o tak i szklana lufke i zapalniczke jeszcze poprosze.
    - dac jednorazowke?
    - nie, w siatke wezme tutaj gdzie z warzywniaka niose.
    wklada zakupy do torby i wychodzi.
    w drzwiach napotyka znajomo.
    - a dzien dobry pani jadziu.
    - dzien dobry kochana, jak tam zdrowie w taka pogode?
    - a nie najgorzej droga pani, jakos sie zyje.
    - bardzo dobrze pani wyglada, a ten pirsing to gdzie pani sobie wstawila?
    - a tam u tego nowego, gdzie kiedys mleczarnia byla.
    - no ladny, ladny, efektowny taki. a duzo kosztowal?
    - nie, wie pani, dwiescie zloty dalam bo jeszcze tatuaz bralam do tego maly, nad kostka delfina, o pani zobaczy – podwija bandaz elastyczny i ponad zylakiem rzeczywiscie skacze delfin – powiem pani, ze zadowolna jestem.
    - tak? no to dobrze kochana pani, tez tam pojde moze zajrzec w takim razie, skoro mowi pani, ze warto.
    - no lece kochana, bo z psem musze do weterynarza jeszcze zdazyc, a potem wnuk z zieciem przychodza okapy mnie zmienic w kuchni bo dymi strasznie.
    - to dowidzenia pani
    - dowidzenia

    moderntalking.jpg

    wszyscy moi znajomi to narkomani. tylko ja jedna zachowalam zdrowy dystans z dragami.

    adomas wymiata. bede jak janek tomaszewski. zawsze krytykuje, a dzisiaj pochwale. pochwale adomasa. widac ze chlopak sie stara i juz dawno nic sie nie zjebalo.
    i z tej milej okazji dla adomasa kwiatek:

    kwiatek.jpg

    sluchajcie, a moze tak zrobimy adomasowi niespodzianke i na umowiony sygnal wpadniemy wszyscy do niego np. na urodziny? ale by byla heca 74743 blogow, blogersow, blogaczy z kwiatami, butelkami, czipsami, orzeszkami i innym dobrem, stolatstolat, zyj nam dlugo adomasie, w przedpokoju piramida z butow, mama adomasa piecze torty i nie nadaza, krzesel pozyczonych od sasiadow nie nastarcza dla wszystkich chetnych, wielkie swieto przenosi sie na klatke schodowa, pozniej na osiedle, zawiazuja sie nowe przyjaznie, zaciesniaja stare, dochodzi do starc kibicow druzyn przeciwnych, jednak sily porzadkowe szybko rozdzielaja grupki walczacych, aby nie dopuscic do eskalacji zamieszek policja kaze otworzyc wszystkie bramy od domofonow, w koncu uczestnicy zajsc formuja pochod i z plonacymi pochodniami ruszaja na belweder domagajac sie wiekszych swobod obywatelskich. nie, ponioslo mnie, raczej wszyscy siedza stloczeni wzdluz scian i jedza torty, szarlotka i paczki znikaja z tac, strumieniami leje sie pepsi cola i mirinda, obrzednicy obmawiaja nieobecnych, tryskaja flesze cyfrowych aparatow, wszystko trafi na serwer z opisami dla wiesniakow, jak to we warszawie wre atmosfera szalonego rijo (gosc z wlosem adolfa je keks z tekturki, dwoch netartowcow z bakami nawiazalo dialog o protokolach, slynna blogerka patrzy). albo moze zwyczajnie wpadamy, wypijamy cale zapasy, zjadamy wszystko z lodowki (na drugi dzien okaze sie, ze ktos ogryzl takze rosliny doniczkowe) i kiedy nie zostaje juz zadna kropelka i zaden okruszek, a toaleta jest zapchana, przenosimy sie do jakiegos lokalu, tupiac stopiecdziesieciomatysiacami butow przez jedenascie pieter w dol klatki schodowej, a jest juz druga w nocy, ale zaden sasiad do tylu narodu nie wyskoczy, wiec dalej tak maszerujemy godzinami, az ktos zaczyna intonowac „rote”, ktos inny „nie rzucim ziemi…”, a jeszcze inny „hymn szkoly” albo „przezyj to sam”, nastepuje nastroj podniosly, ludzie placza i doznaja odnowienia duchowego i sie obejmuja jak podczas smierci papieza. a wszystko za sprawa adomasa, ktory umozliwil ludziom tak roznym pojednanie sie i przezycie ubogacajacego doswiadczenia ruchu robaczkowego spelzajacego klatka schodowa tlumu polaczonego wspolna psychopatologia wytrysku – seksy blogusiami. do kamery podchodzi wytypowana typowa dziewczynka dajana z klasy szostej i jakajac sie odczytuje wypracowanie pt „moj bohater adomas”: „adomas to niezwykle ludzki czlowiek. to co dal ludziom to sie nie da zastapic. wynalazek adomasa daje szanse wypowiedziec sie niepelnosprawnym inaczej” i kiedy atmosfera siega zenitu, okazuje sie, ze adomas zaginal! wyszedl z domu i nie wrocil. cala polska pod przewodnictwem wojciecha tochmana (marynarka), jerzego owsiaka (wojska ladowe) oraz maladamysza (lotnictwo) szuka adomasa. reprezentacja w skladzie (dudek – hajto – waldoch – klos – zewlakow – bak – swierczewski – kozminski – krzynowek – kryszalowicz – olisadebe) wraz ze strazakami przeczesuja lasy na opolszczyznie. do akcji wlaczyli sie wroclawscy taksowkarze. z tajnego samolotu, ktory laduje na tajnym lotnisku wysiada tajny oddzial tajnych agentow tajnych sluzb. celem ich misji jest zlikwidowanie znanego dziennikarza tvp boguslawa w., ktory zdaniem kontrwywiadu republiki kongo jest zbyt dociekliwy. przy jego ciele policja odnajduje teczke, w ktorej jest folder, a w folderze list adomasa. ide dolac sobie ostatnia szklaneczke zubrowki. z listy wynika, ze kiedy jej autor po wyjsciu gosci znalazl sie sam na sam wsrod strzepow, tluczki i blota – i tu nastepuje ujawnienie czwartej tajemnicy fatimskiej, ktorego niestety nie moge sie dopuscic bez upowaznienia od blogoslawionego adomasa, ale poza tym szczegolem czytelnik wyrobiony i inteligentny powinien wszystko zrozumiec.
    na pamiatke tego wydarzenia komitet katechetyczny ustanawia w rocznice urodzin adomasa doroczne swieto stale „dzien blogera”. jak glosi pismo od zatwierdzajacego arcybiskupa, dzien blogera rozpoczynamy krotka modlitwa do swietego izydora, patrona internetu dziekujac za napisane notki i proszac o laske zrozumienia dla czytelnikow notek, ktore napiszemy. nastepnie przez caly dzien realizujemy szczery nastroj swiateczny.
    w szkole wolne, w pracy kawka, paczki, przemowienia i oklaski, w prasie artykuly okolicznosciowe, radio gra blogowe piosenki, blogi swieci ksiadz po specjalnej mszy, o blogach mowi tv i tlum w supermarketach, o blogach mowia byle prostytutki i policja w przedszkolach, tv kreci reportaze, radiowa trojka poswieca caly cykl programow o znanych blogerach, na specjalnej gali w palacu prezydenckim plejada gwiazd: janusz-leon wisniewski & maria cywinska-milonas, a glowny plac czestochowy zdobi gigantyczny portret adomasa wykonany z bialo-czerwonych gozdzikow trzymanych w wyciagnietych w gore dloniach przez dwie dywizje harcerstwa.
    moze to tyle tytulem wstepu i przejdzmy do rzeczy: macocha co rano gotowala jeden garnek zupy dla mnie i jeden dla psow i szla na caly dzien do sasiadek zostawiajac mnie sama. w tylach stronic ksiegi rachunkowej przedwojennego warsztatu szewskiego zaczelam pisac bajki o cudownym swiecie zaludnionym przez wrozki, krolewny i harrych potterow. wtedy jedynymi odbiorcami mojej wczesnej tworczosci byl kulawy misio i psy lancuchowe. nastepnie w moim zyciu zapanowala czarna dziura, jak bylam narkomanka, az w kilka lat pozniej, po wyzdrowieniu, rozpoczelam pisac blog, aby dotrzec do szeroko pojetego czytelnika. w tej czarnej dziurze spotkalam sie z kilka razy z janem d., na cmentarzu, przypalilismy troche haszyszu i on mnie wypytywal o moje zycie, a ja mu opowiadalam i to zapisywalismy. a to wszystko dlatego, ze ja go wczesniej poznalam na jakims koncercie i on potem zglosil sie do mnie i zaproponowal mi zrealizowanie filmu o moim zyciu i obiecal pomoc napisac scenariusz. a potem go ukradl i troche pozmienial. a wlasciwie to pozmienial niedorozpoznania. a teraz kupilam u nas w empiku i w jedno popoludnie przeczytalam jak „samotnosc w sieci” te jego ksiazke. jest zla na 6 w skali kickera, a szczegolnie moj pamietnik – uwazam, ze j@ bym go napisala o wiele ciekawiej, gdyby. recenzje podsumuje, ze jednak warto wydac kilkanascie zlotych, bo wiekszosc ksiazek wydawanych w polsce jest znacznie gorsza i sa o wiele drozsze.

    kartofelek.jpg

    ci, ktorzy nie wierza w moje istnienie wyznaja przekonanie, ze ja to tylko postac zinowa alinka stworzona rzekomo przez jana d., mitologiczna postac stworzona przez anonimowa grupe narkomanow ze szczecina i to ja mialoby by byc autorka wydanej na papierze ksiazki, w ktorej byloby bohaterka jednego z opowiadan.

    kto sie zastanowi chwile nad tym zdaniem musi uznac, ze taki scenariusz jest zupelnie nierealistyczny i nikt nie bylby w stanie tego zrealizowac.

    mozna czytac, sluchac i ogladac wszystko przez internet, mozna pracowac i robic zakupy przez internet, mozna nawiazac i rozwijac milosc przez internet, ale nie mozna przez internet napic sie alkoholu.

    zaden autor, w ktorego wierzycie – nie istnieje, kazdy blog w internecie to jest widmowy, wybrany przez mroczne i slepe sily wycinek – jedna miliardowa czesc ogolu istotnych informacji osobistych, ktore blogusiowy wklepywacz, mniej lub bardziej swiadomie, zgodzi sie swiatu udostepnic. te, ktorych nie zgadza sie udostepnic sa o wiele wazniejsze, gdyby ktos sie skusil, aby naprawde „poznac” tego kto tam pisze po drugiej stronie kabla. ale wiekszosc ludzi uznaje, ze jesli poda im sie do orientacji pare punktow najbardziej prymitywnego opisu (jaka muze slucha, co jadl na stacji i o czym mysli kiedy jedzie pociagiem, czy jest moze pedalem czy jawnogrzesznica) to potrafia sobie te punkty polaczyc liniami i stworzyc wirtualny obraz postaci, ktora lubia lub ktora ich bulwersuje, czasem moze podnieca i budzi zazdrosc, w kazdym razie potrafia ja do kogos przyrownac – do kolezanki, albo moze znanego aktora i w jakis sposob czuc sie z tym swojsko. jednak @linka prowadzi z wami jakas chujowa gre, z premedytacja podaje wam takie informacje, ze jak je probujecie polaczyc to nijak nie wychodzi znajoma figura nastolatki, ale wedlug was jakis chuj z cyckami i osobnik podszywajacy sie, to was meczy w jakis sposob, dajecie temu swoj udreczony wyraz w komentarzowym polu, zostaja po was pogniecione, brudne liscie lopianu za krzakami i j@ to rozumiem. ale nie rozumiem dlaczego wysnuwacie od razu wniosek, ze to ktos inny udaje @linke, a nie @linka udaje kogos innego?

    wykonalam pierwszy krok na drodze do realizacji jednego z moich postanowien noworocznych, ktore brzmi: „nawrocic dwoch swiadkow jehowy na rastafarjanizm i zjesc z nimi kwasa”.
    dzisiaj zastukala do drzwi elegancko odziana para wedrownych ewangelistow calkiem jeszcze mlodych jak na swiadkow, co pewnie ulatwi mi zadanie. zaczeli dyskusje o trudnej sytuacji mlodziezy wspolczesnej, temat podjelam i po trzech godzinach osiagnelam sukces: przypadkowe ofiary zgodzily sie na rozmowe rewanzowa, tym razem u nich w sali krolestwa bedziemy badac biblie, az uslysza glos lwa judy.

    cytat z wiadomej ksiazki, co kazdy moze sam sprawdzic w empiku bez kupowania: „37, ostatni stycznia. zglosil sie do mnie facet z niuejdzowego mahazinu DENTRO. kupil moj pamietnik i chce zrobic z tego film. poprosil mnie o zamieszczenie na koncu prosby do ludzi, zeby sie zglaszali.
    prosze zwrocic uwage na zdanie „facet [...] kupil moj pamietnik i chce zrobic z tego film.” czy wierzycie ze to wszystko moglo byc zaplanowane i ze w dziesiec lat temu ktos to napisal, bo mogl przewidziec, ze bedzie pisal bloga alinki? na pewno nie. to jest prawdziwy pamietnik prawdziej alinki, ktory dzban kupil ode mnie wg niego, a ukradl wg mnie, bo mowa byla ze ide tylko na potrzeby filmu, a on ksiazke sobie zrobil. dlatego pamietnik alinki jest moj, a nie jana dzbana i moglabym nawet wygrac proces o piractwo.

    czarnaroza.jpg

    imie: @linka
    nick: lwie serce
    latek: 17
    stukam z: z gryfino
    oczka: 1 piwne 1 konopne
    spod znaku: ozelbialy
    grupa krwi: @
    zainteresowania: narkotyki, alkohol, futbol, dziewczynki l. 17-32
    zlota mysl: c@rpe diem

    na chodniku po ktorym szlam, maly wrobelek zabieral sie wlasnie do spozycia zamarznietego okruszka czerstwego pieczywa. zanim dobrze przywalil dziobkiem w lodowa powloke zostal otoczony i zaatakowany przez stado starszych osobnikow, w wiekszosci otylych samic w beretach z wsciekloscia tlukacych malego gdzie popadnie. nie moglam pozostawac obojetna na taki bezprzykladny akt ulicznej przemocy i zainterweniowalam slownie oraz butem, rozganiajac towarzystwo na okoliczne galezie. stlamszony wrobelek podniosl sie, otrzepal przyproszone piorka i podfrunal przysiadajac mi na ramieniu. zacwierkal:
    - dziekuje ci dobra alinko! w zamian za wybawienie mnie z tej opresji zdradze ci sekret, o ktorym od tygodni rozprawiaja wszystkie wroble w okolicy: jest spisek na ciebie. knuja.
    - kto knuje? – zapytalam zaskoczona.
    - oni.
    - ale jacy oni?
    - przeciez wiesz.
    po namysle, przyznalam w duchu, ze chyba raczej na pewno wiem dokladnie jacy oni.
    - jaki jest ich plan, maly wrobelku?
    - szczegolow nie znam, wiem tylko ze przejeli kontrole nad mediami w calym kraju i przekazuja falszywe informacje. chca zeby ludzie uwierzyli, ze to ty jestes janem d, alinko.
    - evil! villain! – syknelam! – najpierw ukradl mi moj pamietnik do swojej calkowicie pozbawionej wartosci literackich ksiazki! a teraz chce przejac moja tozsamosc i mojego blogusia! dziekuje ci maly wrobelku! bywaj!
    wrocilam do domu, wlaczylam maszyne i zaczelam stukac ten „apel do wszystkich ludzi dobrej woli z internetu: nazywam sie alinka boguslawska, lat 17, zam. w gryfinie, corka teresy. nie mam nic wspolnego z zadnymi wydawanymi ksiazkami, chociaz mozliwe jest, ze kiedys wydam swoja wersje moich przygod. jednak moze do tego w ogole nie dojsc, jesli wczesniej zostane calkowicie zuzyta do cudzych proznych celow. sa wsrod ludzi czarne owce pragnace tak jak pan jan d. zerowac na cudzej tozsamosci pomijajac prawa autorskie, kopy, rajty i tak dalej. bo prosze pomyslec tylko – jezeli jan d. bylby w rzeczywistosci @linka, to ja, @linka musialabym byc w tej samej rzeczywistosci janem d., a to oznacza zeby mnie wcale nie bylo. a przeciez jestem. nie tylko w internecie, ale takze w realu – oddycham, jem, pije piwo, chodze do sklepu po wiecej piwa i daje rozkoszy sabince. dlatego nawoluje: dobrzy ludzie nie wierzajcie mediom, wierzajcie lepiej malym wrobelkom!
    podpisano
    jedyna i prawdziwa
    @linka lwie serce”


    • RSS