gdy odmowiono mi sprzedazy jednej szklanki piwa podarlam na sobie koszule i wyszarpalam dwie garsci wlosow z glowy, nic to jednak nie wskoralo na bezduszna obsluge baru „zagiel”. chamsko wygnana z lokalu dla pseudosnobow poszlam samotnie napic sie wina w mroku za supersamem, gdzie jednak zostalam szybko wytropiona przez pare wscibskich i ordynarnych ochroniarzy z latarkami i satanistycznym psem. zaraz po wyjsciu na ulice zostalam wylegitymowana i ukarana mandatem przez mieszany polakozerczy patrol nkwd-gestapo przebrany w mundury wspolczesnej policji angielskiej i zrozumialam ze zyje w matriksie rzadzonym przez zdegenerowane i pelne wirusow skrypty, a o kazdym moim posunieciu decyduje ojciec dyrektor megaimperator, absolutny wladca dusz w elektronicznym panstwie babilonskim z odleglej galatyki, ktorego macki siegaja nawet tutaj. jego ziemski awatar buduje na polskiej ziemi tajemnicze i wielkie budowle, w ktorych lochach klonuje brzydkich ludzi, na dachach ustawia nadajniki i nadaje, a kto wie co on tam naprawde nadaje spod tych okularow. kiedy to pisze w moim malym okienku internet explorera 5.5 pojawia sie szary alert w dzawaskrypcie – pani wykonala nieprawidlowa operacje i zostanie zamknieta – wtedy dociera do mnie, ze cyberpolicja inwigiluje mnie przez internet nawet w moim pokoju. zabieram dwie butelki wina i wychodze na dach, gdzie nie ma zadnych kabli i juz tak po polowie pierwszego bikawera zaczynam czuc sie bezpiecznie wylogowana z tego wszystkiego. slysze jakies glosy i mysle, ze moze to jacy ludzie, ale okazalo sie ze to telewizja trwam, wiatr niosl wyrazny przekaz z niziny mazowieckiej: „porzuc zgubny nalog, wroc na lono matrixu, kolaboruj spolecznie przy budowie piramidy.” jednak sygnal byl za slaby na tym wietrze i nie zmogl mojej niezlomnej woli, zostalam na dachu, popijajac sobie z butelki i oplacilo sie spedzic te jedna noc poza netem – nad ranem, na tle panoramy mojego nowego osiedla, moglam podziwiac piekny zachod slonca.