mydziecisieci blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 9.2008

    sabinka poszla na odczyt o lamaniu praw czlowieka w dalekich krajach, a ja spedzilam na tapczanie kilka wspaniale beztroskich chwil z piwem „korona” i plyta dvd pt „104 gole euro 2004”.

    niedziele spedzilam w warunkach domowych; pilam piwo marki „wiktoria” i sluchalam z komputera piosenek zespolu „sodom”.

    teraz opowiem wam o tym, co przydarzylo mi sie kilka dni temu podczas wielkiej burzy jaka nawiedzila moja okolice. zaczne od tego jak wrocilam do siebie, bylo juz kolo dziesiatej i kiedy otworzylam drzwi i weszlam do przedpokoju zgaslo swiatlo w calej dzielnicy. moglam smialo przypuszczac, ze to jakas wieksza awaria, ktora dlugo potrwa, na szczescie mialam pudelko swieczek kupionych przez sabinke zdaje sie kiedy kursy na gieldzie zaczely gwaltownie spadac albo kiedy umarl papiez. zapalilam jedna z nich i zaczelam rozgladac sie za jakims uchwytem, w ktorym moglabym ja bezpiecznie umiescic, ale dookola byly tylko same papiery, cale stosy papierow, ksiazek, gazet i roznych wydrukow i pomyslalem, ze igranie z ogniem w takim otoczeniu mogloby skonczyc sie tragedia. za oknem zdrowo lupaly pioruny i podczas jednej z eksplozji, doznalam iluminacji – przypomnialam sobie, ze przeciez wlasnie wracam ze sklepu, a w plociennej torbie przerzuconej przez ramie niose zakupy: chleb, paczke papieru toaletowego i dwa wina. mialam co prawda wypic je w innym terminie, ale zaistniala sytuacje mozna bylo uznac za kryzysowa i dlatego podjelam decyzje o szybkim wypiciu jednego z win i stabilnego zainstalowania swieczki w szyjce oproznionej butelki. korkociag nosze zawsze przy sobie, wiec nie musialam szukac, sprawnie wyciagnelam korek, ze wzgledow bezpieczenstwa zgasilam na czas picia swieczke i stojac przy rozswietlanym przez blyskawice oknie przyjelam pozycje hejnalisty na za piec sekund dwunasta. tu przerwa na pytanie do czytelnikow – ile czasu potrzebujecie zeby wypic jedno wino, kiedy jestescie sami w ciemnym pokoju, stoicie w mokrych ubraniach i patrzycie na burze? mi operacja ta zajela okolo kwadransa i to wlasnie szybkie tempo mialo, jak mysle, spory wplyw na moja postawe w dalszej czesci wieczoru, bo kiedy usilowalam wcisnac swieczke do butelki, huknal w poblizu wyjatkowo glosny piorun. wystraszylam sie, nie zdolalam opanowac niezbornosci i butelka wyslizgnela mi sie z reki i rozbila na podlodze rozpryskujac we wszystkie strony. to stwarzalo niebezpieczenstwo, poniewaz mokre buty zostaly przy wejsciu nie chcialam ryzykowac chodzac niepewnym, pijackim krokiem w skarpetach po ciemnym pokoju uslanym rozbitym szklem. sytuacja wygladala nieciekawie, bylam na nie wiadomo jak dlugo uwieziona na kawalku podlogi o powierzchni konfesjonalu, mialam co prawda swieczke, ale nie mialam zapalek, ktore zostaly na stole. probowalam znalezc jakies wyjscie, kiedy w swietle kolejnej blyskawicy zobaczylam lezaca na podlodze torbe. a w niej przeciez mam jeszcze jedno wino! – pomyslalam! kucnelam i toczac powoli przed soba butelke wina jak walek, posuwalam sie na czworakach wytyczona w ten sposob bezpieczna sciezka. szczesliwie udalo mi sie wyrwac z okrazenia, dotarlam do stolu z zapalkami i zapalilam swieczke, potem siadlam na fotelu, otworzylam wino i zaczelam pic je wolniej niz poprzednie, aby nie popelnic znowu jakiegos bledu, bo to byla juz ostatnia butelka. i udalo sie – pilam je tym razem jakas godzine, moze poltorej, burza poszla na polnoc, potem przestalo padac, a potem skonczylam wino i zamontowalam w nim swieczke. i wtedy wlaczyli swiatlo! zdmuchnelam dopiero co zapalona swieczke, poszlam poszukac jakiejs miotly do szkla i zobaczylam cos po prostu niesamowitego – w roznych punktach kuchni stalo dwadziescia albo wiecej butelek po winie i rumie, z ktorych gdybym to sobie wczesniej przypomniala, mogla zrobic kandelabr godny krolewskiej sali balowej. strasznie sie wtedy sama z siebie usmialam, bo okazalo sie ze te dwa wina wypilam zupelnie niepotrzebnie, ale jednoczesnie byla to pozyteczna lekcja, gdyz zrozumialam, ze nie moge na sobie polegac.
    mam nadzieje, ze wam rowniez spodobala sie ta przezabawna dykteryjka z pelnego przygod zycia wesolej, choc roztrzepanej nastolatki zamieszkalej w malym miescie kolo szczecina.

    nieco ponad tydzien temu do drzwi zastukal znany mi tylko z widzenia sasiad zajmujacy lokal po drugiej stronie korytarza. w jednej rece trzymal czteropak puszkowego, w drugiej podluzna szklanke, w ktorej plywala niewinnie wygladajaca, mala bladopurpurowa ryba. jak wyjasnil byla to specjalna ryba trenowana do walki, ktora nie potrzebowala przestrzeni, towarzystwa, roslin ani zadnych sprzetow czy dekoracji, tylko cale zycie spedzala zawieszona w szklance wody, nieruchomo z otwartymi oczami przygotowujac sie mentalnie do ataku – podobno gdyby wpuscic ja do normalnego akwarium pozabijalby wszystko co sie rusza, dlatego nie nalezy jej wspolczuc. nieznajomy sasiad podal mi piwo i zapytal czy moglabym zaopiekowac sie jego ryba przez tydzien, poniewaz musi wyjechac odwiedzic brata, ktory usilowal popelnic samobojstwo w wiezieniu na drugim koncu kraju. nie chcialam byc antypatyczna, przyjelam od niego piwna lapowke i zgodzilam sie przekiblowac mu te niezwykle agresywna i antyspoleczna rybe przez ten, jakze trudny dla nich obojga okres czasu.
    to bylo w zeszly wtorek albo srode, a wczoraj odwiedzil mnie kolega, ktory jest dyrektorem szkoly i nie wypada mu palic kraku w miejscach publicznych, ponadto u siebie w domu tez nie moze, bo zona sie zlosci, dlatego pali czasami u mnie albo u innych znajomych – j@ osobiscie kamieni nie pale, ale proszku dobrego przyjacielowi nie odmowie (narkotyki: jak daja to bierz, hehehe) – kolega (btw na imie mu „waldemar”) usiadl przy stole na ktorym stala ta ryba, zapalil swoje male conieco i po kilku dluzszych chwilach intensywnego patrzenia sobie z nia w oczy zapytal dlaczego jest ryba w szklance. opowiedzialam mu pokrotce jej historie, skad pochodzi ryba i dlaczego musi byc trzymana w takich warunkach, a kolega czestujac mnie po raz drugim proszkiem poczestowal nim tez rybe, tj nasypal na wode bialego jakby to byla kolejna porcja jej ulubionego suszonego planktonu, co ona najwyrazniej tez tak zrozumiala, bo natychmiast pozarla wszystko w kilku szybkich hapsach. i, niestety, musialo jej biale zaszkodzic, bo w nocy tak ja chyba nosilo, ze nie mogla spac i wyskoczyla ze swojej szklanki – znalazlam ja kolo poludnia sztywna i spuchnieta na podlodze.
    i teraz nie wiem co mam zrobic, jak wytlumaczyc nowo poznanemu sasiadowi, ktory wraca najpewniej jutro, ze ryba pod wplywem narkotykow uwierzyla, ze ma mozliwosci latania (ale jak mu powiedziec, ze podczas jego nieobecnosci pozwolilam mojej podopiecznej zazywac narkotyki), czy moze udawac ze wszystko jest ok, zaniesc trupa do sklepu zoologicznego i kupic identyczna rybe ale zywa (ale czy jej nie pozna, np po jakims szczegolnym pieprzyku kolo pletwy odbytowej), a moze zamrozic ja w brylce lodu i tuz przed zwrotem wpuscic znowu do szklanki, zeby udawala zywa i skonala na jego rekach? co zrobic? czytelnicy – pomozcie swojej fance!


    • RSS