mydziecisieci blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 1.2009

    ruch wyzwolenia blondynek zorganizowal parade jednosci, na ktora zjechaly blondynki z calej warszawy i polski, byly tez delegacje z litwy, ukrainy i bialorusi. wszystkie blondynki szly w zwartej kolumnie, krecily nad glowami torebkami, krzyczaly „power! power!” i przerazliwie gwizdaly na piszczalkach. celem ich marszu byl glowny plac stolicy, gdzie na trybunie stala znana pisarka, skandalistka i feministka, ktora wyglosila do mikrofonu przemowienie na temat jednosci jaka powinna panowac wsrod blondynek, zeby zapewnic im lepsza przyszlosc. jej przemowienie spotkalo sie z goracym aplauzem i wielominutowa demonstracja przerazliwego piszczenia na piszczalkach. w koncu znana pisarka, autorka glosnej powiesci neopogansko-lesbijskiej o wstapieniu szatana w szatniarke, powoli podniosla w gore rece, aby uciszyc falujace przed nia wielkie morze plowych glow i powiedziala, ze teraz specjalnie dla nich wystapia ich wspaniale idolki, urodzone blondynki ze swiatowej czolowki. na scene weszla chyba paris hilton na czele plejady gwiazd miedzynarodowej wszechtelewizji i nastapilo to nieprzyjemne spiecie, kiedy artystki zobaczyly widownie i najpierw nie mogly powstrzymac szyderczego smiechu ze swoich kartoflanych slowianskich epigonow, a pozniej oburzyly sie, ze zostaly nieudolnie i karykaturalnie sklonowane w fatalnych sweatshopach podrzednych chirurgow plastycznych i odmowily wykonania zakontraktowanego show przed taka piracka publika. uczestniczki parady jednosci blondynek nie doczekaly sie wiec nagrody w postaci megapokazu swoich ulubionych faworytek, do tego zaczal siapic deszcz, od ktorego rozmyl im sie makijaz, zrobilo im sie przykro i przerazliwie gwizdaly na piszczalkach.

    jest niedaleko stad lasek, obok droga, po drugiej stronie osiedle zwykle, pewnie takie jak wasze – bloki, sklepy, kosciol a miedzy nimi parkingi. szlam tamtedy dzisiaj wieczorem, kolo dziewiatej chyba bylo, z pubu do sabinki, posuwalam sie po tej stronie gdzie jest osiedle i sklepy i postanowilam wstapic do jednego z nich po zapalki. krecilam sie z obowiazkowym wozkiem miedzy polkami, kiedy zorientowalam sie, ze obserwuje mnie jakis facet. na poczatku go ignorowalam, ale kiedy po raz kolejny pojawil sie w tej samej co j@ alejce udajac ze bada napisy na sloikach zaczelam sie lekko niepokoic. sprobowalam jeszcze dwa razy zgubic mu sie w labiryntach przestrzeni handlowej, raz schowalam sie za reklama jogurtu, ale on zawsze odnajdywal trop i pojawial sie niby przypadkowo z drugiej strony regalu. dotarlo wtedy do mnie ze do zamkniecia sklepu pozostalo 20 minut i bede musiala wyjsc na zewnatrz, a ten typ pewnie bedzie mnie dalej sledzil, tym razem bez koszyka, ale za to z lomem, ktory wyjmie spod plaszcza i rozlupie mi czaszke kilkoma szybkimi ciosami. dlatego, pomyslalam, nie moge tak sobie wyjsc ze sklepu i liczyc, ze moj szczery usmiech i gole rece wystarcza do obrony przed szalencem uzbrojonym w lom – musze postarac sie o jakis twardy i ostry przedmiot. moj wzrok padl na butelke hiszpanskiego wina marki „jaume serra” rocznik 2003 w przystepnej cenie. wygladala na  wykonana z solidnego choc kruchega szkla. chwycilam ja za wysmukla szyjke i sprawdzilam jak lezy w dloni – pasowala idealnie i doskonale nadawala sie do celow obronnych. w moich rekach taki pozornie niewinny przedmiot jak butelka wina zamienia sie w narzedzie niosace bezlitosna pewna smierc, ale dla wiekszej pewnosci wzielam dwie, ktorymi moglabym jak saracen z filmu o robin hoodzie poskromic swira z lomem. zaplacilam w kasie, wyszlam ze sklepu i zeby nie dac sie zaskoczyc zza plecow, postanowlam zaczekac tam na tego zawzietego rudeboya. zacisnelam jedna dlon na szyjce butelki i dodalo mi to sporo otuchy. zacisnelam na drugiej i od razu poczulam sie razniej. gosc z lomem slamazarzyl sie przy kasie, ale j@ doskonale wyczuwalam w tym naglym ociaganiu jakis podstep i kiedy wyszedl postanowilam uzyskac drobna przewage psychologiczna nad przeciwnikiem sama rozpoczynajaac nieunikniona konfrontacje:
    - zajebac ci chuju? – zapytalam retorycznie.
    gosc przystanal, popatrzyl na mnie, zauwazyl moje dwie butelki i nie uwierzycie – wymiekl i odpuscil skurwysyn. zamiast wyjac lom zza pazuchy, chwycil mocniej ekologiczne siatki i uciekl do swojej klatki jak zajac do nory.
    moglam go gonic, ale uznalam ze lepiej isc do siebie i wypic teraz te dwie butelki, ktore juz mialam zakupione i ktore calkiem mozliwe, ze uratowaly mi zycie.
    w drodze powrotnej rozmyslalam jak to wszystko na tym swiecie jest z glebokim rozmyslem poukladane i w naturalny sposob dazy do absolutnej harmonii, cale universum przenika transcendentna dobroc pod postacia niewykrywalnych jeszcze promieni, a potrzebne rekwizyty, idee i pieniadze w magiczny sposob same sie pojawiaja kiedy sa potrzebne – a jeszcze niedawno ludzkosc nie mogla dac wiary w istnienie zjawisk nadprzyrodzonych, takich jak telewizja.
    ale niepotrzebnie wdaje sie tutaj w filozofie, na pewno umieracie z ciekawosci co stalo sie dalej – otoz, wszystko skonczylo sie pomyslnie – wrocilam do domu bez koniecznosci uzycia moich butelek do obrony przez atakiem niebezpiecznego typa,  teraz wlasnie spilam juz jedna z nich i odbijam druga i chcialam sie z wami podzielic ta pokrzepiajaca historyjka.  
    za oknem swita, dobrej nocy, piosenka „every bath you take” zespolu marillion zegna sie z wami slawek niedzwiecki. (slawek albo marek chuj nie pamietam teraz – pozniej sprawdze i poprawie, jesli mi sie bedzie chcialo)

    posluchajcie teraz co wydarzylo mi sie wczorajszej nocy w kawiarni. kilka dni temu poznalam pewna mloda kobiete, z zawodu adwokat i kiedy odkrylysmy, ze laczy nas wspolne zainteresowanie piciem alkoholu postanowilysmy umowic sie ktoregos wieczoru w jednym z lokali w centrum na kilka kolejek. j@ zaproponowalam dzien na srode godzina dziesiata minut trzydziesci, a ona miejsce – wybrala jeden z tych drogich lokali z czerwonymi kanapami i stolami z drewna, gdzie obowiazkowo panuje starannie przemyslany wystroj, kelner zanim przyniesie napoje nachyla sie i zapala swieczke, a wszystko to wliczone jest w koszt piwa i jedno male kosztuje tyle co dwa duze w sklepie albo i wiecej.
    fama glosi, ze moim partnerkom od picia stawiam trudne warunki, ale tym razem okazalo sie, ze mloda ambitna adwokatka jest bardzo dobrze przygotowana do spotkania i od poczatku narzucila mu ostre tempo. juz po paru browcach calkowicie zdominowala waskie pole dyskursu i z niewielkimi przerwami na kolejne lyki bombardowala opowiesciami o tym, ze jest fanka muzyki (destiny child, tlc, toni braxton, etc.), uwielbia amerykanskie seriale obyczajowe o zyciu ludzi i duzo czasu poswieca na pielegnowanie swoich profili w portalach spolecznosciowych aktualizujac je zdjeciami z wakacji i spotkan towarzyskich. straszna nudziara – zrozumialam, ze zdecydowanie nie bedzie tu tak latwo jak zakladalam przed spotkaniem. a ona przeciwnie, wydawalo sie, ze swietnie sie bawi i dopiero zaczyna sie rozkrecac – zdjela zabocik, a na policzki wystapil jej czerwony kolor. aby stonowac nieco nastroje i szybciej zakonczyc ten wieczor meczacy jak toczone w blocie poznojesienne pojedynki slaskich druzyn o awans na kolejny z nizszych szczebli pucharu polski, zaproponowalam przejscie na jakies mocniejsze trunki, na co ona entuzjastycznie sie zgodzila pod warunkiem ze bedzie to wino czerwone. w piciu wina czerwonego idzie mi calkiem niezle i zamowilismy jedna butelke, potem druga, ona caly czas napierdala o swoim zyciu w paryzu w dzielnicy pederastow, o kolegach z pracy, ktorzy tez sa pederastami chociaz maja zony i nie chca sie do tego przyznac i o tym jak zachwycil ja nudny wg mnie jak rolnicze rozmowy cocksucking cowboys lovestory western o kowbojach jezdzacych pod namiot zeby ciagnac druta i jeszcze tysiac innych w tym stylu rzeczy pozbawionych znaczenia, ktore wprawily mnie w stan glebokiego wyobcowania i nastroj ogolnie antyspoleczny.  
    w pewnym momencie nasza bohaterka urywa swoja szalenie pasjonujaca opowiesc o tym jak za kazdym razem kiedy zje magdalenke to od razu przypomina sie jej dziecinstwo prusta i wychodzi do toalety i siedzi tam cztery minuty albo i dluzej, j@ zostaje sama przy stoliku, patrze w plomien swieczki i pograzam sie w rozmyslaniach o mnie i moim najblizszym otoczeniu. zauwazam przed soba dwie szklanki – moja i jej. jej jest prawie pelna, a moja prawie pusta i ucinajac na wstepie spekulacje o etyce czynu, ktory teraz zamierzalam popelnic, podejmuje blyskawiczna decyzje szybkiej podmianki szklanek, zeby miec wiecej winska, na co ona pewnie i tak nie zwroci uwagi. uwage jednak na te niepozorna moim zdaniem roszade zwraca zawsze czujna obsluga lokalu obserwujaca mnie zza kontuaru i kiedy pani mecenas wychodzi z kibelka dyskretnie przekazuja jej informacje o moim, budzacym sluszne ich zdaniem podejrzenia, wystepku. ona wysluchuje ich paranoicznego paszkwilu, szybkim krokiem podbiega do stolika i uderza go zdaje sie kolanem wywolujac burze w szklankach alkoholu. wywiazuje sie jednostronna awantura, poniewaz ona domaga sie wyjasnien, ale nie czekajac na nie od razu przechodzi do ofensywy i w dlugiej przemowie godnej rzymskiego senatora grozi mi powaznymi konsekwencjami jakie czekaja mnie kiedy laboratorium wykryje w jej winie rozpuszczone pigulki gwaltu. ludzie sie patrza, usluzni kelnerzy oferuja wezwanie patrolu policyjnego, ale j@ nie daje sie poniesc fali histerii i spokojnie wykanczam jej prawie pelna szklanke, a potem, aby udowodnic swoja niewinnosc te moja (obecnie jej), w ktorej rzekomo mialo cos byc dosypane. po wypiciu przeze mnie zawartosci obu szklanek nastaje chwila niewygodnego (dla nich wszystkich) milczenia, kelnerzy-donosiciele zabieraja sie do wyrownywania serwet, ona zaczyna mnie w kwiecistych slowach przepraszac za falszywe posadzenie, ale j@ nie daje sie jej ublagac i mowie (oczywiscie wszystko specjalnie przesadzone, zeby zakonczyc juz te meczarnie i godnie pojsc do domu bez pijanej wiedzmy na doczepke):
    - nie, moja panno! sponiewieralas zaufanie jakim cie obdarzylam, urazilas moje ego, ale przede wszystkim rozczarowalas mnie jako kobieta, ktora drugiej kobiecie, do tego obie lezbijki nie ufa, wiec jak mozemy zadac zeby zaufaly nam np te tutaj cztery meskie swinie rozmawiajace o samochodach! (pokazalam reka na czterech studentow architektury siedzacych wokol dzbana z piwem). nie zgodzilabym sie kontynuowac dluzej znajomosci z toba nawet gdybysmy mialy zostac jedyna para lezbijek zaproszona na arke noego!
    i poszlam. wracajac na piechote do domu smialam sie co chwila z tej calej sytuacji, choc z drugiej strony odczuwalam pewna presje ze strony za szybko spitego wina i mialam ochote puscic zura.

    a co sadzicie o sondach internetowych?

    a: trudno ocenic
    b: nie wiem
    c: nie mam zdania

    jeden moj dziad zdobywal westerplatte, drugi bronil monte cassino i j@ sluchajac ich barwnych opowiesci wojennych od kolyski goraco pragnelam pojsc w ich slady, wstapic do piechoty i z granatem w reku rzucac na stos swoj zycia los w dzikich szarzach przeciwko plujacym ogniem bunkrom. moje wielkie niezrealizowane marzenie (wjechac wiosenna noca na wiezyczce t-34 do plonacego berlina) pewnie nigdy juz sie nie spelni (podobnie jak seks oralny z marusia i dwiema sowieckimi radiotelegrafistkami, chociaz gdybym sie postarala moze moglabym miec psa takiego jak szarik), ale za to bede miala okazje na rownie ekscytujaca przygode w egzotycznej scenerii na granicy afganistansko-tybetanskiej (tibet je srbija!). dzisiaj, tuz przed swoim odejsciem prezydent busz namascil mnie telefonicznie, abym kontynuowala rozpoczete przez niego dzialania skierowane przeciwko swiatowym terrorystom i spiskom iluminatow. na razie mam trenowac sama w domu i na pobliskich ogrodkach dzialkowych i czekac na dokladniejsze rozkazy, aby udac sie do azji i siac terror w szeregach mudzahedinow.
    gdybym miala z pakistanu juz nie wrocic, chcialam zebyscie zapamietali mnie jako zawsze wesola i gotowa do pomocy towarzyszke internetowych zabaw w doktora psychiatre, ktora oddala swoja siedemnastoletnia dusze na polu walki o wolnosc i ktora musiala umrzec, dlatego ze wrodzona wrazliwosc nie pozwalala jej pogodzic sie ze zlem niewrazliwego swiata.


    • RSS