mydziecisieci blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 9.2009

    rozwscieczeni nieustannymi szumami sasiedzi zmowili sie i dokladnie o polnocy niosac pochodnie i latarki wylegli na ulice i zaatakowali drzewa maczetami, tasakami, lancuchami, mieli takze ze soba kilka siekier i miecz samurajski. wywiazala sie bitwa, drzewa bronily sie, ale nie daly rady liczniejszejemu i dzialajacemu z zaskoczenia sasiedzkiemu kolektywowi. w ciagu pol godziny, mieszkancy ulicy zmasakrowali wszystkie rosnace przy niej drzewa i wieksze krzaki, zostawiajac na pobojowisku same nagie pniaki i polamane galezie. policji sprawcow nie chcialo sie scigac, mimo ze wszystko to widzialam z okna i zdalam oficerowi dyzurnemu dokladna relacje; zrugali mnie tylko i zabronili wiecej jesc grzybow, a nawet palic. na drugi dzien musialam przyznac im czesciowa racje, poniewaz nie mialam zadnych namacalnych dowodow, ze to wlasnie nie notowani wczesniej sasiedzi byli sprawcami tej rzezi, a nie zblakany oddzial krzyzakow wyslany przez zlego komtura z misja chrystianizacyjna na zmudz (cel operacji: wycinka swietych drzew i eksterminacja czcicieli balwanow), ktory wpadl tej samej nocy w poblizu wyrywkowo zatrzymany przez patrol drogowki do kontroli alkomatem.

    spacery z malzonka po parku tym co zawsze, tchnienie wiatru w koronach drzew za oknem, mala muszelka znaleziona na plazy w dziwnowku.
    i na tym moznaby praktycznie zakonczyc te notke, chociaz dorzuce jeszcze takie spostrzezenie: ludzie pamietaja drzewa z dziecinstwa, bo drzewa maja wiecej osobowosci niz np koty chociaz nie kazdy potrafi to zauwazyc i ludzie czesto daja sie oszukac kotom. j@ rowniez posiadam kilka wspomnien o drzewach – stworzeniach dzikich i lubieznych. najpierw moze opisze moj pierwszy seks z dwoma drzewami… byl to bardziej gwalt w wykonaniu tych dwoch wielopalczastych palcolistnych drapieznikow niz swiadome przyzwolenie z mojej strony. podczas spaceru niedaleko arkonki te podle drzewa cynicznie wykorzystaly fakt mojego odurzenia grzybami, winem i gandzia i zaczely mnie coraz namietniej oblapywac. do penetracji jednak nie doszlo – jakos udalo mi sie wyzwolic z ich gorylich objec i odgonic je zapalniczka.
    od razu ucieklam stamtad i wrocilam ze swiata pulsujacych lepkich cieni do oswietlonego ladnymi kolorami miasta, gdzie zazylam pol kwasa.
    w miescie drzewa byly byc moze nawet bardziej agresywne niz ich lesni krewniacy, ale za to bylo ich mniej i na nie swoim terenie nie czuly sie juz tak pewnie i tylko sporadycznie atakowaly spieszacych samotnie spoznionych przechodniow – glownie kobiety i pijakow.

    spytano raz pewnego wielkiego yogina:
    - dlaczego pijesz, swami?
    - aby umartwiac cialo i cwiczyc sile charakteru – odparl ow czcigodny mistrz.
    - o swami, a dlaczego zazywasz narkotyki?
    - dlatego ze sa.
    o komentarz do tego dialogu poprosilam znana wam juz i lubiana przez was dr anne. siedzialysmy wtedy na tapcznie, pilysmy, palilysmy i rozmawialysmy o yodze i nalogach. dr anna pociagnela solidnie wina z butelki i rzekla:
    - ta ostatnia odpowiedz to oczywiscie znany tekst jednego z tych dupkow, ktorzy sami skutecznie pozbawili sie zycia kiedy probowali wejsc na jakas gore, zeby zrobic sobie zdjecie calej sylwetki przy wbitej w lod choragiewce. odpowiedzial tak na pytanie dlaczego sie wspina na gory, a potem runal w dol i wiecej o nim nie slyszano przez kilkadziesiat lat, dopiero niedawno znalezli w jakims kraterze jego zamarzniete zwloki, jak znajduja w roznych dziwnych miejsach zwloki tych, ktorzy padli z przedawkowania czegos trefnego. zastanowmy sie chwile nad tym wspolnie – powiedziala dr anna – i mysle ze zgodzimy sie ze wspinanie sie na trudno dostepne gory, to wyjatkowo glupi sport z dorabiana ideologia, ktorym zachwycaja sie niespelnieni amwayowcy. dla nich pojscie w gory polega na „atakowaniu szczytow” i zdobywaniu pozycji w hierarchii innych czlonkow tej sekty, pomimo odmrozen i ciezkich wyrzeczen. ich umysly opanowane przez japonskie demony wspolzawodnictwa nakazuja im zapierdalac i oni pelzna powoli do gory, jak nedzne robaki zawieszone na linach i tlukace mlotkami i wymyslajace coraz nowsze i coraz glupsze konkurencje. a w kazdej z nich liczy sie tylko to, kto bedzie pierwszy – przystepujac do wysokosciowego wyscigu szczurow ludzie z biur staja sie ludzmi gor, zakladaja specjalistyczne obuwie i specjalistyczna odziez i przy uzyciu specjalistycznego sprzetu usiluja wejsc na gore w malo przyjaznej porze roku albo od trudniejszej strony tylko dlatego, ze latem i z innych stron wczesniej weszli juz inni i wbili swoje choragiewki. w takiej sytuacji zaprawde byc dumnym z takiego wyczynu, to jak chwalic sie ze ktos przez siedem lat nie wychodzil z pracy na weekendy ani nie jezdzil na wakacje, ale za to jako pierwszy w miasteczku kupil samochod jakiejs elitarnej marki. ja gdybym miala sie porwac na jeden z tych nieprzystepnych osmiotysiecznikow, to nie bawilabym sie w jakies kokieteryjne nowe trasy czy ostentacyjne chodzenie bez maski tlenowej, tylko jako pierwsza chcialabym wejsc na mount everest w obuwiu typu trepy (inaczej zwane drewniakami), oczywiscie w wersji bez piet, zeby bylo trudniej, ale nie zrobie tego bo dla mnie taki cel jest rownie popierdolony jakbym sobie na przyklad postanowila, ze bede bogata jak bill gates albo przynajmniej antoni ptak i nie zrazajac sie niepowodzeniami i odmrozeniami dazyla do realizacji tego kaprysu. ale po jaki chuj gnac? jesli ktos mi w rozsadny i trafiajacy do przekonania sposob odpowie na te proste pytanie, to zaczne gnac.
    w tym miejscu dr anna przerwala swoj wyklad, aby wykonac wieczorny rytual nalewania swiezej wody do bongosa, nalewala przez chwile w milczeniu, a potem pociagnela hita. na jej twarzy pojawil sie wyraz przypominajacy zachwyt yeti nad kruchoscia roztrzaskanego himalaisty.
    - nie rozumiem dlaczego sie podziwia tych, ktorzy zabili sie na wlasne zyczenie mierzac sie z gorami, a potepia smialkow, ktorzy zgineli eksperymentujac z nieznanymi substancjami. dlaczego jednych oplakuje sie w publicznych mediach i prywatnych rozmowach i traktuje sie ich jak bohaterow narodowych, a drugich uznaje w najlepszym przypadku za ofiary, a na ogol za plugawych kryminalistow, godnych potepienia narkomanow, ktorych spotkala zasluzona kara wymierzona reka boga? – spytala retorycznie dr anna.
    - w tym ze ktos sie straszliwie zepnie i dokona czegos w rodzaju wejscia na sam czubek gory zaprawde nie ma nic godnego do podziwania. a jesli jest, to analogicznie yoginowi, ktory walczy z nalogami przez cale zycie, w kazdym jego momencie nalezy sie odpowiedni szacunek. jesli jest sumienny jak sum i bystry jak sowa polujaca noca w gestym lesie, wtedy uda mu sie dociagnac do osiemdziesiatki albo i dluzej, podobnie jak niektorym amatorom wspinania na gory – tak zakonczyla ten komentarz dr anna, moja sasiadka, filozof oraz autorka przewodnikow psychoturystycznych „moja przygoda z narkotykami” i „alkohol, moja milosc” oraz pamietnika-poradnika „moje zycie: 50 lat walki z nalogami (i nareszcie sukces)”, w ktorym opisuje jak zrozumiala, ze dalsza walka nie ma sensu, ze czlowiek jest niczym wobec przerastajacej go potegi i zamiast z nia walczyc i zdobywac stale nowe i lepsze ale zawsze krotkotrwale sukcesy, lepiej jest i czcigodniej polezec troche na tapczanie upajajac sie dzwiekiem nalewanego piwa, ktore z sykiem babelkow uwalnia swojego ducha, a ten jednoczy sie z pierwotna jaznia w nirvanie. lezec na tapczanie, nic nie robic i czuc sie zajebiscie, obserwowac ruchy drzew jednym okiem, godzinami sie tak rozprezac, az do osiagniecia najdalszych i najbardziej niedosteppnych zakatkow wszechswiata, pozniej wstac i zrobic sobie kanapki, wrocic znow do zwyczajnej codziennosci – oto jest droga yogina.

    bylo nas tam wtedy czterech: ramirez – czterdziestosiedmioletni zaprawiony menel i drobny rzeziemieszek z reska, garcia – trzydziestosiedmioletni szaman i dentysta z goleniowa, mendez – dwudziestosiedmioletni poganiacz bydla z mieszkowic i j@, wasza ulubienica – siedemnastoletnia @linka lwie serce z gryfina. wyruszylismy wczesnie po poludniu w strone gasprowego wierchu, aby jeszcze przed wieczorem usiasc na polanie i najesc sie grzybow, ktore najbardziej doswiadczony z nas wszystkich ramirez wytropil tego ranka podczas spaceru.

    - juz sa – powiedzial kiedy wrocil do schroniska w porze lunchu. usiedlismy wszyscy wokol stolu na ktorym stal termos wypelniony kawa z rumem, aby sie naradzic nad szczegolami wyprawy. po oproznieniu termosu postanowilismy nie zwlekajac wyruszyc jeszcze tego samego popoludnia.
    kiedy dotarlismy prowadzeni przez ramireza na miejsce, przekonalismy sie ze nie klamal ten stary pijak, byly hipis skazany za uprawe maku i wyrzucony z klasztoru lider upadlej sekty, ktoremu zdarzalo sie miewac wyjatkowo przekonujace halucynacje – swieze grzyby wystawialy z trawy swoje biale lyse glowy i kiwaly nimi zachecajaco.
    zjedlismy od razu kazdy z nas po kilka z nich popijajac kawe z rumem z krazacej w mistycznej indianskiej cyrkulacji wokol ogniska pokrywki od termosu. pozniej zaczelismy brykac, kazdy sam w swojej czesci lasu, od czasu do czasu wracajac do ogniska zeby przeplukac gardlo. w pewnym momencie rzeskie gorskie powietrze rozdarl dziarski okrzyk bolu az malo sie nie poparzylam kawa – to mendez tak nieszczesliwie postawil noge na zmurszalym pniu, ze doznal zerwania wiazadel.
    wijacego sie z bolu mendeza polozylismy na trawie, a jego kostka spuchla na tyle ze trzeba mu bylo poluzowac sznurowke w adidasie.
    dookola nas gestnialy ciemne knieje i nikt nie znal drogi powrotnej, do tego mieszaly nam sie w glowach doznania wszystkich zmyslow i nie chcielismy ryzykowac niebezpiecznego w takich warunkach przyrodniczych bladzenia po glebokim, kolorowym swiecie wygladajacym jak tlo z postaciami na rycinach hare krishna.
    wzielam ramireza z garcia na strone i powiedzialam im:
    - mendez do rana nie dociagnie. gangrena zatruje mu krew szybciej zanim zdazy nadejsc pomoc slowackich ratownikow.
    - co zatem radzisz? – zapytal garcia.
    - aby uratowac mu zycie, musimy poswiecic noge od polowy lydki w dol – odpowiedzialam tonem posepnym, ale zdecydowanym i przekonujacym.
    mendez lezal obok i jeczal cicho, nie mogl slyszec naszych konspiracyjnych szeptow.
    ramirez i garcia patrzyli na mnie nie do konca chyba przekonani.
    - amatorska amputacja do tego przeprowadzana po ciemku w warunkach polowych nie jest na pewno najlepszym rozwiazaniem, ale w obecnej sytuacji nie mamy innego wyjscia – dorzucilam.
    - a czym mielibysmy mu amputowac te noge? – nie ustawali w wyszukiwaniu przeszkod i pietrzeniu watpliwosci.
    - ramirez – powiedzialam mu – podaj mi swoja siekierke.
    ramirez podal mi maly czerwony toporek, ktory przed wyjsciem ukradl z gablotki przeciwpozarowej w schronisku i ktory mial nam sluzyc do zrabania drzew na ognisko. zwazylam narzedzie w dloni i w moim odczuciu toporek nadawal sie idealnie do stajacego przed nami zadania.
    - napijmy sie – zaproponowalam – to smutne i wstrzasajace doswiadczenie, ktore nam sie przytrafilo, wymaga od nas odpowiedniego podejscia, tak zeby nie drgnela nam reka. musimy zachowac spokoj i dystans do tego co nas czeka, inaczej zamiast uratowac zycie naszego kompana, wszystko skonczy sie bezladna krawa jatka i przegranym wyscigiem z czasem oraz galopujaca gangrena.
    zaczelismy w doceniajacym powage chwili milczeniu oprozniac zawartosc ostatniego termosa, dolne jego partie wydawaly sie byc jakby mocniejsze, jakby z nieco wyrazniejsza przewaga rumu nad kawa, podkreslana zreszta przez pol butelki tego trunku dolanej przez ramireza.
    - a on? – zapytal garcia pokazujac na naszego rannego towarzysza – nie byloby dobrze go najpierw nieco znieczulic?
    - nie, jemu nie mozna teraz dawac zadnego alkoholu.
    - dlaczego?
    - ze wzgledow medycznych – wyjasnilam.
    popatrzylismy na spiacego powierzchownym snem mendeza i dalam im glowa znak, ze teraz. podeszlismy do niego i ramirez z garcia chwycili go mocno od tylu zatykajac usta dlonia, a ja zanim ten sie zorientowal o co chodzi kilkoma ciosami toporka odcielam mu zaatakowana przez gangrene lydke.
    spocilam sie, ale to jeszcze nie byl koniec, teraz swieza rane nalezalo poddac zabiegowi kauteryzacji. nagrzewajac toporek na ognisku powiedzialam do rzucajacego sie mendeza:
    - czymze jest bowiem czlowiek wobec potegi gor. albo samotny zeglarz zmagajacy sie z dzikim zywiolem oceanu. albo zakonnik harcmistrz pederasta codziennie urywajacy setki lbow hydrze popedu.
    zaczelam starannie wypalac rane rozgrzanym do czerwonosci czerwonym juz wczesniej i tak toporkiem. mendez szarpal sie okrutnie, bluznil, zaklinal i zlorzeczyl probujac sie wyswobodzic, ale garcia i ramirez trzmali go bezwzglednie przygwozdzonego do lesnej polany. w powietrzu unosil sie przypominajacy grilla zapach, a pod dotykiem goracego toporka arterie bardzo ladnie sie zasklepialy:
    - zaraz bedzie po wszystkim – powiedzial do mendeza ramirez, a j@ zeby podniesc go troche na duchu dodalam:
    - musisz pokonac samego siebie, bol, gory, nature, zwatpienie i wlasne slabosci. w najtrudniejszych momentach przypomnij sobie o meczenstwie bosmana nowickiego, pomysl jak musial sie czuc ten dzielny mezczyzna okrutnie torturowany przez indian (mlodszym czytelnikom nalezy przypomniec, ze indianie zlapali i przywiazali bosmana do pala meczarni, po czym zaczeli tanczyc wokol niego, straszyc go groznymi krzykami i rzucali w jego strone toporki, uwazajac jednak zeby go nie zranic. bosman w odpowiedzi na ich pohukiwania zaspiewal jedna ze swoich ulubionych piosenek z marynarskiego repertuaru, a indianie bedac pod wrazeniem takiego pokazu silnej woli i mestwa pogratulowali mu odwagi, odwiazali od pala i zaproponowali mu zgode).
    moje slowa najwyrazniej podzialaly kojaco na mendeza, ktory opadl z sil i przestal sie szarpac, tak ze moglam spokojnie dokonczyc przeprowadzany zabieg. kiedy zawiazywalam ostatnia petelke, mendez spal juz znuzony doswiadczeniami dzisiejszej nocy, a nad gasprowym wierchem pojawily sie koncowki paznokci rozanopalcej jutrzenki. skonczyla sie zawartosc termosu, dzialanie grzybow bylo juz praktycznie niewyczuwalne, w dodatku zaczynal siapic lekki deszczyk i postanowilismy zarzadzic powrot. mendeza trzeba bylo oczywiscie niesc, co nie bylo latwe biorac pod uwage ze jednak troche sie tam spilismy podczas tej operacji, ale wszystko skonczylo sie dobrze i udalo nam sie dotrzec do schroniska na sniadanie. bardzo ucieszylo nas ze trafilismy po drodze nawet na otwarty sklep wiejski, gdzie udalo nam sie kupic zimne piwo, ktore okazalo sie jak znalazl i nawet mendez pociagnal kilka lykow od czego od razu poprawil mu sie humor.


    • RSS