mydziecisieci blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 3.2010

    - halt! halt! hendeho!
    - ech!ech!ech!
    - ratatata! ratarata! ratatat..
    - aaaah…
    - hahaha! hahaha! hahaha!
    - …

    [ ííí ]

    postanowilam uczcic go zabierajac po raz pierwszy w tym roku dwie butelki wina do lasu. pogoda byla jak nalezalo, przyjemnie wiosenna i szlam w rozpietej kurtce i luzno zwisajacym szaliku. w mojej dloni wesolo bujala sie siatka z butelkami, w kieszeni mile ciazyl nowy korkociag, czulam sie swietnie i prawdziwie wiosennie jak czerwony kapturek idacy przez las z winem do chorej babci. po tej uwadze czytelnicy ci, ktorzy mnie znaja i wiedza ze u mnie jak u hiczkoka – jesli na poczatku wpisu na scianie wisi strzelba, to pozniej musi wyjebac armata, domyslaja sie juz ze taka sielanka dlugo nie potrwa. w dalszej czesci notki nie bede sobie beztrosko szla lesna drozka, ale na mojej drodze stanac musi jakis bardzo zly wilk, a j@ pokonam go wykazujac sie mestwem, sprytem i korkociagiem. zdalam sobie sprawe z mozliwych konsekwencji takiego obrotu sprawy i zeby nie kusic losu oraz zmylic wszystkowiedzacego porteparole alterego zeszlam z lesnej drozki i podjelam wedrowke przelajowa w losowo wybranym kierunku. po kilkunastu minutach marszu dotarlam nad cicho szemrzacy strumyk, a moja uwage zwrocila rosnaca tam pewna kupa krzakow – ani mala ani duza, po prostu zwykla, sredniej wielkosci kupa krzakow jakich wiele rosnie po lasach nad strumieniami. a jednak z jakiegos powodu dalam sie skusic wlasnie tej, a nie innej kupie, weszlam do niej i zajelam dogodna pozycje z widokiem na wszystkie strony. ulozylam sie wygodnie na matce ziemi wyscielanej plackiem miekkiego mchu, wyjelam ostatni numer „bravo girl”, otworzylam pierwsze winko i zaczelam swietowac przy ruczaju nadejscie wiosny. kiedy zmeczylo mnie czytanie gazety, bylam akurat w polowie drugiej butelki i opierajac glowe o konar oddalam sie obserwacjom przyrodniczym.
    sledzilam zycie erotyczne budzacych sie z zimowego snu podmiejskich much, kiedy do moich uszu dobiegl cichy najpierw spiew, ktory wydawal sie przyblizac z kazda chwila. po paru minutach moglam juz wyraznie rozroznic, ze to nadciaga zorganizowana grupa dzieciarni w wieku wczesnoszkolnym spiewajaca utwor o wiosnie, widzialam jak na czele pochodu niosa na spalenie w ludowym rytuale kukle z gestym makijazem przedstawiajaca kobiete – istote symbolizujaca w tych stronach zime, zlo i nieszczescia.
    nie chcac dac sie tu zaskoczyc i narazic na przykrosci ze strony agresywnych opiekunek grupy, w kilku szybkich lykach dopilam pozostajace mi w butelce pol wina i wstalam. a kiedy wstalam wdychajac zbyt mocno uletnione wiosenne powietrze, zachwialam sie i stracilam rownowage, najwyrazniej jakby tracona przez cos duzego i szybkiego co wyskoczylo z krzakow i od razu zniknelo w nich po drugiej stronie. stalam oparta o drzewo i nasluchiwalam uwaznie. w suchym listowiu zaszuralo.
    - odyniec! – przemknelo mi przez glowe – najpewniej rozjuszona samica z mlodymi, ktora jesli pozwole jej przypuscic szarze na grupe pierwszakow niosacych marzanne spowoduje niewyobrazalna masakre!
    nie moglam do tego dopuscic i chociaz moja jedyna bronia byly gole rece i maly korkociag, bez wahania rzucilam sie w strone skad dochodzil szelest. odyniec jednak wykonal gwaltowny unik i uskoczyl w przeciwna strone kupy krzakow. nie odpuscilam i dalam za nim susa w te sama strone, aby wlasnym cialem zablokowac jego ewentualna szarze. wycieczka uczniow byla coraz blizej, odyniec jednak pozostawal nieuchwytny i nie potrafilam uziemic i obezwladnic blyskawicznie zmieniajacego pozycje knura.
    - prosze pani, prosze pani, cos sie rzuca w krzakach! – zakwilil dzieciecy glosik.
    - dzik! dzik! – zaczeli piszczec uczniowie klasy pierwszej a.
    przez chwile zanosilo sie na wybuch paniki, ale wrzawe przebila pani nauczycielka krzyczac pelne zdania glosem oburzonego rzecznika prasowego trzeciej rzeszy:
    - dzieci, dzieci, to nie jest dzik! to co sie rzuca w krzakach to jest zdegenerowana i wypaczona siedemnastolatka, ktora zamiast byc teraz w szkole, wypila tu dwa wina i stoczyla dzika walka z nieistniejacym odyncem!
    i nakazala:
    - szybko, przechodzimy dalej, utopimy marzanne w jakims innym miejscu!
    tupot malych nog o lesne runo oddalal sie szybko z miejsca zdarzenia, a j@ lezac z twarza zagrzebana w sciolce dyszalam i powoli dochodzilo do mnie, ze znowu nie udalo mi sie przechytrzyc narratora tej historii i zamiast po bohatersku zmierzyc sie z podstepnym wilkiem ktory czekal na mnie przy lesnej drozce, zrobilam z siebie wala walczac z wyimaginowania swinia, ktora mi ten narrator podlozyl.
    mimo wszystko pierwszy dzien wiosny uwazam za udany i ciesze sie, ze wielkimi krokami zblizaja sie juz dni cipki, ktore rowniez postanowilam uczcic winem i wagarami, chociaz swietowac je bede pewnie w jakims innym miejscu.

    droga dr anno, czy policjanci moga okazywac sobie czulosc w miejscach publicznych? – pyta mlody policjant z poznania.
    dr anna odpowiada: nie.
    komentarze do odpowiedzi dr anny:

    dlaczego nie? a dlatego:
    wyobrazmy sobie taka hipotetyczna sytuacje:

    policjant z nocnego patrolu nachyla sie do ucha pijanego kierowcy i szepce:
    - bukiet czerwonych roz powinien zalatwic te sprawe.
    pragnacy uniknac kary pijak przystaje na te nieprzystojna propozycje i wlacza motor, policjant wsiada do radiowozu i jedzie w slad za swoja ofiara do calodobowej kwiaciarni, inkasuje roze i wreczajac je, mowi do swojego partnera:
    - to dla ciebie, jacku.
    a pozniej zatrzymuja sie w jakims slabo oswietlonym miejscu i caluja sie dlugo i namietnie na przednich siedzeniach przy zgaszonym swietle i sciszonym radiu.
    w tym samym czasie ktos przekracza przepisy o ruchu drogowym, ktos inny dusi rajstopami dwie samotnie mieszkajace emerytki, ktos jeszcze inny organizuje na polach grunwaldu ustawke miedzy zwasnionymi klubami kibica z calej polski, litwy i rusi.

    dlatego spoleczenstwo nie pragnie dyskryminowac policjantow, zna ich potrzeby i rozumie, ze czulosc miedzy partnerami jest wazna dla podtrzymania trwalosci zwiazku, ale z jednym ale – po sluzbie.

    wielu ludzi gubi sie w obliczu dylematow jakie stawia przed nimi wspolczesnosc ponowoczesna. trapia sie:

    - co jest lepsze dla chlopca na pierwsza komunie – rower gorski czy kolazowka?

    szukaja odpowiedzi u specjalistow i szarlatanow, czytaja w ksiazkach o tym, ze na takie pytanie kazdy musi odpowiedziec sobie sam wedlug wskazowek wlasnego sumienia.
    cichy glos sumienia nalezy jednak odroznic od rownie cichych i tak samo brzmiacych podszeptow szatana.
    - co zatem robic, pytacie sie? jak postepowac, chcielibyscie wiedziec? co w koncu wybrac?
    zasiegnijmy opinii u dobrej sasiadki, ktora siedzi z fajka na balkonie i zna sie na filozofii. jej przepelniona duchem niezwykle precyzyjnej ogolnosci odpowiedz wyjasnia niewiele, a jednoczesnie wszystko:
    - w kwestii dawania wiary sceptykom udzielajacym uniwersalnych porad zalecam daleko posuniety sceptycyzm – mowi dr anna.
    i choc nie ufam jej slowom, to sie z nia zgadzam.

    wracajac do domu w godzinach wczesnoporannych wlaczylam sie spontanicznie do znanej akcji „miasta dla pieszych nie dla samochodow” i potracilam kilkanascie aut zaparkowanych zbyt blisko kraweznika.

    kolejny odcinek kultowego serialu produkcji amerykanskiej, w ktorym glownej bohaterce znowu sie udaje!

    podczas wycieczki na syberie zostalam zaatakowana przez tygrysa syberyjskiego. bylo gorace piatkowe poludnie, siedzialam w cieniu drzewa nad jeziorem i piknikowalam, kiedy bestia wynurzyla sie z krzakow i zaczela mnie osaczac. uciekac nie bylo dokad, poza tym i tak nie mialabym szans wygrac wyscigow z dzikim zwierzem. widac bylo, ze wladca tajgi w swoim mateczniku czuje sie jak grupa odzianych w odziez sportowa pijanych junakow w piatek wieczorem na swoim osiedlu. j@ z kolei czulam sie jak przypadkowy przechodzien na tym samym osiedlu o tej samej porze. tygrys zblizal sie powoli lecz fachowo, bijac ogonem po obu stronach wzniecal pyl i paprochy i penetrowal mnie wzrokiem. mozna powiedziec ze zajrzalam smierci w oczy.

    a jednak przezylam.
    pytacie sie pewnie jak udalo mi sie wymknac z pazurow nieuchronnego wydawaloby sie konca mojego zywota. myslicie ze stal sie jakis cud? ze wydalam zwierzowi bitwe majac przeciwko polmetrowym klom jedynie kieszonkowy korkociag? i jak w amerykanskim filmie udalo mi sie wbic go prosto w serce, oko albo krtan? albo ze ktos niewidoczny w kadrze strzelil z boku lub roztrzaskal tygrysowi leb maczuga?
    prawda jest jednak o wiele bardziej prozaiczna, a udalo mi sie przetrwac niebezpieczne spotkanie uzywajac do tego sprytu – w krytycznym momencie przypomnialam sobie fragment z ksiazki podrozniczej, w ktorej alfred szklarski, arkady fiedler albo czeslaw i alina centkiewiczowie uczyli, ze w przypadku bezposredniej agresji drapieznika nalezy udawac osobe martwa. i nie uwierzycie, bo j@ tez bym wczesniej nie uwierzyla ze jestem zdolna do takiego wyczynu, jednak czlowiek nigdy nie wie no co sie zdobedzie przyparty do sciany przez tygrysa syberyjskiego – zalam sie w trupa, zeby przezyc. zanim napastnik zblizyl sie do mnie na odleglosc ukaszenia, udalo mi sie powoli zeby go nie denerowowac wyjac z torby podroznej druga butelke wina, aby nastepnie wypic ja blyskawicznie i pasc jak razona piorunem. a poniewaz obudzilam sie w nocy z wielka suchoscia w ustach ale za to zywa, pokasana jedynie przez komary, to dowodzi ze tygrys dal sie nabrac na taka prosta sztuczke i ustapil.

    do tej pory jednak robi mi sie slabo, kiedy pomysle, ze gdybym miala chocby cwierc promila mniej, trik moglby nie zadzialac i doszloby najpewniej do tragedii.


    • RSS