postanowilam uczcic go zabierajac po raz pierwszy w tym roku dwie butelki wina do lasu. pogoda byla jak nalezalo, przyjemnie wiosenna i szlam w rozpietej kurtce i luzno zwisajacym szaliku. w mojej dloni wesolo bujala sie siatka z butelkami, w kieszeni mile ciazyl nowy korkociag, czulam sie swietnie i prawdziwie wiosennie jak czerwony kapturek idacy przez las z winem do chorej babci. po tej uwadze czytelnicy ci, ktorzy mnie znaja i wiedza ze u mnie jak u hiczkoka – jesli na poczatku wpisu na scianie wisi strzelba, to pozniej musi wyjebac armata, domyslaja sie juz ze taka sielanka dlugo nie potrwa. w dalszej czesci notki nie bede sobie beztrosko szla lesna drozka, ale na mojej drodze stanac musi jakis bardzo zly wilk, a j@ pokonam go wykazujac sie mestwem, sprytem i korkociagiem. zdalam sobie sprawe z mozliwych konsekwencji takiego obrotu sprawy i zeby nie kusic losu oraz zmylic wszystkowiedzacego porteparole alterego zeszlam z lesnej drozki i podjelam wedrowke przelajowa w losowo wybranym kierunku. po kilkunastu minutach marszu dotarlam nad cicho szemrzacy strumyk, a moja uwage zwrocila rosnaca tam pewna kupa krzakow – ani mala ani duza, po prostu zwykla, sredniej wielkosci kupa krzakow jakich wiele rosnie po lasach nad strumieniami. a jednak z jakiegos powodu dalam sie skusic wlasnie tej, a nie innej kupie, weszlam do niej i zajelam dogodna pozycje z widokiem na wszystkie strony. ulozylam sie wygodnie na matce ziemi wyscielanej plackiem miekkiego mchu, wyjelam ostatni numer „bravo girl”, otworzylam pierwsze winko i zaczelam swietowac przy ruczaju nadejscie wiosny. kiedy zmeczylo mnie czytanie gazety, bylam akurat w polowie drugiej butelki i opierajac glowe o konar oddalam sie obserwacjom przyrodniczym.
sledzilam zycie erotyczne budzacych sie z zimowego snu podmiejskich much, kiedy do moich uszu dobiegl cichy najpierw spiew, ktory wydawal sie przyblizac z kazda chwila. po paru minutach moglam juz wyraznie rozroznic, ze to nadciaga zorganizowana grupa dzieciarni w wieku wczesnoszkolnym spiewajaca utwor o wiosnie, widzialam jak na czele pochodu niosa na spalenie w ludowym rytuale kukle z gestym makijazem przedstawiajaca kobiete – istote symbolizujaca w tych stronach zime, zlo i nieszczescia.
nie chcac dac sie tu zaskoczyc i narazic na przykrosci ze strony agresywnych opiekunek grupy, w kilku szybkich lykach dopilam pozostajace mi w butelce pol wina i wstalam. a kiedy wstalam wdychajac zbyt mocno uletnione wiosenne powietrze, zachwialam sie i stracilam rownowage, najwyrazniej jakby tracona przez cos duzego i szybkiego co wyskoczylo z krzakow i od razu zniknelo w nich po drugiej stronie. stalam oparta o drzewo i nasluchiwalam uwaznie. w suchym listowiu zaszuralo.
- odyniec! – przemknelo mi przez glowe – najpewniej rozjuszona samica z mlodymi, ktora jesli pozwole jej przypuscic szarze na grupe pierwszakow niosacych marzanne spowoduje niewyobrazalna masakre!
nie moglam do tego dopuscic i chociaz moja jedyna bronia byly gole rece i maly korkociag, bez wahania rzucilam sie w strone skad dochodzil szelest. odyniec jednak wykonal gwaltowny unik i uskoczyl w przeciwna strone kupy krzakow. nie odpuscilam i dalam za nim susa w te sama strone, aby wlasnym cialem zablokowac jego ewentualna szarze. wycieczka uczniow byla coraz blizej, odyniec jednak pozostawal nieuchwytny i nie potrafilam uziemic i obezwladnic blyskawicznie zmieniajacego pozycje knura.
- prosze pani, prosze pani, cos sie rzuca w krzakach! – zakwilil dzieciecy glosik.
- dzik! dzik! – zaczeli piszczec uczniowie klasy pierwszej a.
przez chwile zanosilo sie na wybuch paniki, ale wrzawe przebila pani nauczycielka krzyczac pelne zdania glosem oburzonego rzecznika prasowego trzeciej rzeszy:
- dzieci, dzieci, to nie jest dzik! to co sie rzuca w krzakach to jest zdegenerowana i wypaczona siedemnastolatka, ktora zamiast byc teraz w szkole, wypila tu dwa wina i stoczyla dzika walka z nieistniejacym odyncem!
i nakazala:
- szybko, przechodzimy dalej, utopimy marzanne w jakims innym miejscu!
tupot malych nog o lesne runo oddalal sie szybko z miejsca zdarzenia, a j@ lezac z twarza zagrzebana w sciolce dyszalam i powoli dochodzilo do mnie, ze znowu nie udalo mi sie przechytrzyc narratora tej historii i zamiast po bohatersku zmierzyc sie z podstepnym wilkiem ktory czekal na mnie przy lesnej drozce, zrobilam z siebie wala walczac z wyimaginowania swinia, ktora mi ten narrator podlozyl.
mimo wszystko pierwszy dzien wiosny uwazam za udany i ciesze sie, ze wielkimi krokami zblizaja sie juz dni cipki, ktore rowniez postanowilam uczcic winem i wagarami, chociaz swietowac je bede pewnie w jakims innym miejscu.