mydziecisieci blog

    Twój nowy blog

    ladny gips

    8 komentarzy

    w dni parzyste jestem wiernym czcicielem szatana, w nieparzyste wzorowa wyznawczynia jezusa. to dla zwiekszenia prawdopodobienstwa uzyskania bezpieczenstwa ostatecznego: nie wiem do konca na co postawic, ale dzieki takiej podwojnej grze zaleznie od werdyktu sadowego mialabym okolo 50% szans na zalapanie do nieba lub ewentualnie na lepsze traktowanie w piekle. oczywiscie gdyby racje mial na przyklad mahomet to kupon nie wchodzi i jako niewierna mam przejebane bez wzgledu na wykonywane za zycia rytualy. tu jednak zastanawia mnie czy ci, ktorzy nie wierza w mahometa trafiaja do tego samego piekla z tym samym szatanem co ci, ktorzy nie wierzyli w jezusa? sytuacja dodatkowo komplikuje sie, gdyby okazalo sie, ze wylacznie prawdziwy jest np zoroaster albo jehowa w wersji mojzeszowej 1.0. strict – byloby to przeciez nielogiczne i niesprawiedliwe, gdyby istnialo tak wielu falszywych bogow i tylko jeden prawdziwy szatan przechwytujacy niewiernych wszystkich heretyckich denominacji.
    trudno jest siedemnastolatce podjac decyzje o wyborze nowej komorki z najkorzystniejszym planem taryfowym, a co dopiero postawic na jakas religie wiazaca czlowieka na cala wiecznosc, moze wy mi polecicie jakies fajne i prawdziwe wyznanie? czytalam w necie ze niezly jest animizm, ale najwiecej ludzi postawilo na rk albo luteranizm – jesli macie cos fajoskiego to podpowiedzcie, pApAtKi!

    na tapczanie siedzi cien.
    jest to cien mezczyzny, ktory zszedl po kartofle do piwnicy i nigdy stamtad nie wrocil, zostawiajac za soba otwarte drzwi zstapil trzynascie schodkow w ciemnosc, ale na zewnatrz juz nie wyszedl i nie wiadomo co sie z nim stalo, nie odnaleziono tez jego ciala.
    pamietam tez jak w innym domu niedaleko nas, rowniez w piwnicy trzymana byla na lancuchu postac cala czarna, widac jej bylo tylko oczy. za kazdym razem kiedy  przechodzilam tamtedy nie moglam sie powstrzymac, kucalam i zagladalam przez male okienko i widzac jak sie miota myslalam, ze to jakis potwor albo malpa, ale pozniej okazalo sie ze to porwany dla okupu zakladnik.
    podobno porzadny facet zreszta.
    czy nie wydaje wam sie mocno niesprawiedliwe albo przynajmniej lekko irytujace, ze kiedy rozpierdala sie autokar to zawsze siedza w nim albo pobozni pielgrzymi, albo niewinna szkolna wycieczka, ewentualnie zwykli nudni turysci z posiadajacego wszystkie wymagane atesty biura podrozy? nie pamietam zeby ostatnio rozjebal sie chocby minibus wiozacy stado zwyrodnialych kiboli na mecz pucharowy za granice czy nawet krajowe spotkanie w lidze. mysle ze takich busow wypelnionych spocona kibolska masa jezdzi po europie tyle samo, a moze nawet wiecej niz tych wozacych pielgrzymow, nie wierze tez, ze firmy wynajmujace srodki przewozu przeznaczaja  najlepsze jednostki do transportu pijanych i agresywnych zastepow wandali – na pewno daja im srodki najgorsze z przetartymi klockami hamulcowymi, ktore jednak zawsze dowoza ich bezpiecznie na docelowy stadion, podczas kiedy dzieci zamoznych podmiejskich dentystow jadace na kolonie do karpacza autosanem, ktory przeszedl wszystkie kontrole dodatkowo prowadzonym przez trzezwego jak swinia kierowce rozpoczynaja swoja wakacyjna przygode na strzezonym przejezdzie kolejowym pod kolami pospiesznego skladu wiozacego slaskie dzieci wdychac jod nad baltykiem.
    cos w tym musi byc, a kiedy nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo ze chodzi o teorie spiskowa.
    kiedys j@ tez nie wierzylam w tego typu teorie, dopoki mojemu serdecznemu koledze i badaczowi tych niewygodnych tematow ufo nie zniszczylo laserami domu, a konkretnie altanki na dzialce, w ktorej zamieszkal po tym jak jego wlasnosciowa kawalerka zostala przejeta przez spisek iluminatow. spotkany kolo smietnika nieszczesnik byl odziany w nieswieze szmaty i skarzyl sie, ze nie ma gdzie zamieszkac i skazany na tulaczke, przeganiany z dworcowych i parkowych lawek uwil sobie legowisko w lesie, a dokladnie w dziupli stworzonej przez konary rozlozystego bananowca – a skoro juz o samarytanskim bananowcu mowa, to zmieniajac nieco temat chcialam zaznaczyc, ze j@ wobec naszych przyjaciol drzew nie zywie zadnych uprzedzen, ani ich nie dyskryminuje, ani nie jestem przeciwna ich paradom. ale prawda niestety jest taka, ze niektore z nich moga byc uciazliwe, kiedy staja czesto w mniejszych lub wiekszych grupach czlowiekowi na drodze i straszac swoja postura przescigaja sie w konkursach wulgarnych zaczepek i szukaja okazji zeby upokorzyc kogos przypadkowego – ich ofiara jest samotny na ogol przechodzien, czesto w nocy i po srodkach, ktory moze bardzo nieprzyjemnie odczuc skutki takiego spotkania – sama ostatnio mialam na cmentarzu spinke z klonami srebrzystymi i kielichowcem wonnym, ktorej milo wspominac nie bede.
    warto tez przypomniec jak zachowywaly sie drzewa podczas ostatnich powodzi i innych katastrof. niektore oczywiscie pomagaly ludziom i wyciagaly ich z kipieli, ale wiekszosc – i o tym gazeta wyborcza nie chce pamietac – chwytaly ofiary konarami, galeziami, witkami i wciagaly je glebiej przyduszajac, albo blokowaly drzwi i okna uniemozliwiajac uwiezionym we wlasnych domach rozbitkom wyplyniecie kajakiem. podczas wichur, pozarow i trzesien ziemi bylo zreszta podobnie, dlatego nie ma sie co dziwic ze nie zawsze te duze rosliny spotykaja sie wsrod polakow z powszechna sympatia.
    chociaz j@ wczoraj zmienilam troche opinie kiedy obejrzalam w tv dokumentalny reportaz propagandowy o czlowieku, ktorego pewne drzewo uratowalo z wypadku samochodowego samo oddajac przy tym zycie. czlowiek ten po cudownym ocaleniu postanowil nigdy wiecej nie pic alkoholu, zapisac sie na pielgrzymke autokarowa do cudownego zrodelka, a po powrocie poswiecic zycie na pomoc ludziom pragnacym pomagac drzewom. zyczenia swojego nie udalo mu sie spelnic gdyz wracajac od zrodelka zginal nieszczesliwie w wypadku autokarowym. po smierci jego dziela nie bylo komu kontynuowac i pamiec o nim pewnie wkrotce zaginie, podtrzymywana tylko przez coraz rzadziej emitowane w porze skandalicznie niskiej ogladalnosci dokumenty. a warto by bylo sie postarac zeby nie popuscic tego w niepamiec. j@ sama poruszona bohaterska i przepelniona humanizmem postawa tej sosny, ktora poswiecila swoje zycie, aby uratowac obcego goscia wyszlam nawiazac znajomosc z okazami z mojego otoczenia, ktore wczesniej z wyzszoscia ignorowalam – zapoznalam sie z drzewami z mojej ulicy, nadalam im wszystkim imiona i od tamtej pory codziennie wracajac z pracy witam sie z kazdym z osobna zamieniajac kilka slow o pogodzie, polityce i zakupach. czasami tez daje im drobne prezenty: duza butelke wloskiej wody mineralnej, francuski ujedrniajacy krem do kory, albo niemiecki srodek na korniki, dzieki temu licze na conajmniej poprawne z nimi stosunki i szanse na spokojne chodzenie po ulicy bez obaw ze zostane bez wiekszego powodu zaczepiona.

    rozwscieczeni nieustannymi szumami sasiedzi zmowili sie i dokladnie o polnocy niosac pochodnie i latarki wylegli na ulice i zaatakowali drzewa maczetami, tasakami, lancuchami, mieli takze ze soba kilka siekier i miecz samurajski. wywiazala sie bitwa, drzewa bronily sie, ale nie daly rady liczniejszejemu i dzialajacemu z zaskoczenia sasiedzkiemu kolektywowi. w ciagu pol godziny, mieszkancy ulicy zmasakrowali wszystkie rosnace przy niej drzewa i wieksze krzaki, zostawiajac na pobojowisku same nagie pniaki i polamane galezie. policji sprawcow nie chcialo sie scigac, mimo ze wszystko to widzialam z okna i zdalam oficerowi dyzurnemu dokladna relacje; zrugali mnie tylko i zabronili wiecej jesc grzybow, a nawet palic. na drugi dzien musialam przyznac im czesciowa racje, poniewaz nie mialam zadnych namacalnych dowodow, ze to wlasnie nie notowani wczesniej sasiedzi byli sprawcami tej rzezi, a nie zblakany oddzial krzyzakow wyslany przez zlego komtura z misja chrystianizacyjna na zmudz (cel operacji: wycinka swietych drzew i eksterminacja czcicieli balwanow), ktory wpadl tej samej nocy w poblizu wyrywkowo zatrzymany przez patrol drogowki do kontroli alkomatem.

    spacery z malzonka po parku tym co zawsze, tchnienie wiatru w koronach drzew za oknem, mala muszelka znaleziona na plazy w dziwnowku.
    i na tym moznaby praktycznie zakonczyc te notke, chociaz dorzuce jeszcze takie spostrzezenie: ludzie pamietaja drzewa z dziecinstwa, bo drzewa maja wiecej osobowosci niz np koty chociaz nie kazdy potrafi to zauwazyc i ludzie czesto daja sie oszukac kotom. j@ rowniez posiadam kilka wspomnien o drzewach – stworzeniach dzikich i lubieznych. najpierw moze opisze moj pierwszy seks z dwoma drzewami… byl to bardziej gwalt w wykonaniu tych dwoch wielopalczastych palcolistnych drapieznikow niz swiadome przyzwolenie z mojej strony. podczas spaceru niedaleko arkonki te podle drzewa cynicznie wykorzystaly fakt mojego odurzenia grzybami, winem i gandzia i zaczely mnie coraz namietniej oblapywac. do penetracji jednak nie doszlo – jakos udalo mi sie wyzwolic z ich gorylich objec i odgonic je zapalniczka.
    od razu ucieklam stamtad i wrocilam ze swiata pulsujacych lepkich cieni do oswietlonego ladnymi kolorami miasta, gdzie zazylam pol kwasa.
    w miescie drzewa byly byc moze nawet bardziej agresywne niz ich lesni krewniacy, ale za to bylo ich mniej i na nie swoim terenie nie czuly sie juz tak pewnie i tylko sporadycznie atakowaly spieszacych samotnie spoznionych przechodniow – glownie kobiety i pijakow.

    spytano raz pewnego wielkiego yogina:
    - dlaczego pijesz, swami?
    - aby umartwiac cialo i cwiczyc sile charakteru – odparl ow czcigodny mistrz.
    - o swami, a dlaczego zazywasz narkotyki?
    - dlatego ze sa.
    o komentarz do tego dialogu poprosilam znana wam juz i lubiana przez was dr anne. siedzialysmy wtedy na tapcznie, pilysmy, palilysmy i rozmawialysmy o yodze i nalogach. dr anna pociagnela solidnie wina z butelki i rzekla:
    - ta ostatnia odpowiedz to oczywiscie znany tekst jednego z tych dupkow, ktorzy sami skutecznie pozbawili sie zycia kiedy probowali wejsc na jakas gore, zeby zrobic sobie zdjecie calej sylwetki przy wbitej w lod choragiewce. odpowiedzial tak na pytanie dlaczego sie wspina na gory, a potem runal w dol i wiecej o nim nie slyszano przez kilkadziesiat lat, dopiero niedawno znalezli w jakims kraterze jego zamarzniete zwloki, jak znajduja w roznych dziwnych miejsach zwloki tych, ktorzy padli z przedawkowania czegos trefnego. zastanowmy sie chwile nad tym wspolnie – powiedziala dr anna – i mysle ze zgodzimy sie ze wspinanie sie na trudno dostepne gory, to wyjatkowo glupi sport z dorabiana ideologia, ktorym zachwycaja sie niespelnieni amwayowcy. dla nich pojscie w gory polega na „atakowaniu szczytow” i zdobywaniu pozycji w hierarchii innych czlonkow tej sekty, pomimo odmrozen i ciezkich wyrzeczen. ich umysly opanowane przez japonskie demony wspolzawodnictwa nakazuja im zapierdalac i oni pelzna powoli do gory, jak nedzne robaki zawieszone na linach i tlukace mlotkami i wymyslajace coraz nowsze i coraz glupsze konkurencje. a w kazdej z nich liczy sie tylko to, kto bedzie pierwszy – przystepujac do wysokosciowego wyscigu szczurow ludzie z biur staja sie ludzmi gor, zakladaja specjalistyczne obuwie i specjalistyczna odziez i przy uzyciu specjalistycznego sprzetu usiluja wejsc na gore w malo przyjaznej porze roku albo od trudniejszej strony tylko dlatego, ze latem i z innych stron wczesniej weszli juz inni i wbili swoje choragiewki. w takiej sytuacji zaprawde byc dumnym z takiego wyczynu, to jak chwalic sie ze ktos przez siedem lat nie wychodzil z pracy na weekendy ani nie jezdzil na wakacje, ale za to jako pierwszy w miasteczku kupil samochod jakiejs elitarnej marki. ja gdybym miala sie porwac na jeden z tych nieprzystepnych osmiotysiecznikow, to nie bawilabym sie w jakies kokieteryjne nowe trasy czy ostentacyjne chodzenie bez maski tlenowej, tylko jako pierwsza chcialabym wejsc na mount everest w obuwiu typu trepy (inaczej zwane drewniakami), oczywiscie w wersji bez piet, zeby bylo trudniej, ale nie zrobie tego bo dla mnie taki cel jest rownie popierdolony jakbym sobie na przyklad postanowila, ze bede bogata jak bill gates albo przynajmniej antoni ptak i nie zrazajac sie niepowodzeniami i odmrozeniami dazyla do realizacji tego kaprysu. ale po jaki chuj gnac? jesli ktos mi w rozsadny i trafiajacy do przekonania sposob odpowie na te proste pytanie, to zaczne gnac.
    w tym miejscu dr anna przerwala swoj wyklad, aby wykonac wieczorny rytual nalewania swiezej wody do bongosa, nalewala przez chwile w milczeniu, a potem pociagnela hita. na jej twarzy pojawil sie wyraz przypominajacy zachwyt yeti nad kruchoscia roztrzaskanego himalaisty.
    - nie rozumiem dlaczego sie podziwia tych, ktorzy zabili sie na wlasne zyczenie mierzac sie z gorami, a potepia smialkow, ktorzy zgineli eksperymentujac z nieznanymi substancjami. dlaczego jednych oplakuje sie w publicznych mediach i prywatnych rozmowach i traktuje sie ich jak bohaterow narodowych, a drugich uznaje w najlepszym przypadku za ofiary, a na ogol za plugawych kryminalistow, godnych potepienia narkomanow, ktorych spotkala zasluzona kara wymierzona reka boga? – spytala retorycznie dr anna.
    - w tym ze ktos sie straszliwie zepnie i dokona czegos w rodzaju wejscia na sam czubek gory zaprawde nie ma nic godnego do podziwania. a jesli jest, to analogicznie yoginowi, ktory walczy z nalogami przez cale zycie, w kazdym jego momencie nalezy sie odpowiedni szacunek. jesli jest sumienny jak sum i bystry jak sowa polujaca noca w gestym lesie, wtedy uda mu sie dociagnac do osiemdziesiatki albo i dluzej, podobnie jak niektorym amatorom wspinania na gory – tak zakonczyla ten komentarz dr anna, moja sasiadka, filozof oraz autorka przewodnikow psychoturystycznych „moja przygoda z narkotykami” i „alkohol, moja milosc” oraz pamietnika-poradnika „moje zycie: 50 lat walki z nalogami (i nareszcie sukces)”, w ktorym opisuje jak zrozumiala, ze dalsza walka nie ma sensu, ze czlowiek jest niczym wobec przerastajacej go potegi i zamiast z nia walczyc i zdobywac stale nowe i lepsze ale zawsze krotkotrwale sukcesy, lepiej jest i czcigodniej polezec troche na tapczanie upajajac sie dzwiekiem nalewanego piwa, ktore z sykiem babelkow uwalnia swojego ducha, a ten jednoczy sie z pierwotna jaznia w nirvanie. lezec na tapczanie, nic nie robic i czuc sie zajebiscie, obserwowac ruchy drzew jednym okiem, godzinami sie tak rozprezac, az do osiagniecia najdalszych i najbardziej niedosteppnych zakatkow wszechswiata, pozniej wstac i zrobic sobie kanapki, wrocic znow do zwyczajnej codziennosci – oto jest droga yogina.

    bylo nas tam wtedy czterech: ramirez – czterdziestosiedmioletni zaprawiony menel i drobny rzeziemieszek z reska, garcia – trzydziestosiedmioletni szaman i dentysta z goleniowa, mendez – dwudziestosiedmioletni poganiacz bydla z mieszkowic i j@, wasza ulubienica – siedemnastoletnia @linka lwie serce z gryfina. wyruszylismy wczesnie po poludniu w strone gasprowego wierchu, aby jeszcze przed wieczorem usiasc na polanie i najesc sie grzybow, ktore najbardziej doswiadczony z nas wszystkich ramirez wytropil tego ranka podczas spaceru.

    - juz sa – powiedzial kiedy wrocil do schroniska w porze lunchu. usiedlismy wszyscy wokol stolu na ktorym stal termos wypelniony kawa z rumem, aby sie naradzic nad szczegolami wyprawy. po oproznieniu termosu postanowilismy nie zwlekajac wyruszyc jeszcze tego samego popoludnia.
    kiedy dotarlismy prowadzeni przez ramireza na miejsce, przekonalismy sie ze nie klamal ten stary pijak, byly hipis skazany za uprawe maku i wyrzucony z klasztoru lider upadlej sekty, ktoremu zdarzalo sie miewac wyjatkowo przekonujace halucynacje – swieze grzyby wystawialy z trawy swoje biale lyse glowy i kiwaly nimi zachecajaco.
    zjedlismy od razu kazdy z nas po kilka z nich popijajac kawe z rumem z krazacej w mistycznej indianskiej cyrkulacji wokol ogniska pokrywki od termosu. pozniej zaczelismy brykac, kazdy sam w swojej czesci lasu, od czasu do czasu wracajac do ogniska zeby przeplukac gardlo. w pewnym momencie rzeskie gorskie powietrze rozdarl dziarski okrzyk bolu az malo sie nie poparzylam kawa – to mendez tak nieszczesliwie postawil noge na zmurszalym pniu, ze doznal zerwania wiazadel.
    wijacego sie z bolu mendeza polozylismy na trawie, a jego kostka spuchla na tyle ze trzeba mu bylo poluzowac sznurowke w adidasie.
    dookola nas gestnialy ciemne knieje i nikt nie znal drogi powrotnej, do tego mieszaly nam sie w glowach doznania wszystkich zmyslow i nie chcielismy ryzykowac niebezpiecznego w takich warunkach przyrodniczych bladzenia po glebokim, kolorowym swiecie wygladajacym jak tlo z postaciami na rycinach hare krishna.
    wzielam ramireza z garcia na strone i powiedzialam im:
    - mendez do rana nie dociagnie. gangrena zatruje mu krew szybciej zanim zdazy nadejsc pomoc slowackich ratownikow.
    - co zatem radzisz? – zapytal garcia.
    - aby uratowac mu zycie, musimy poswiecic noge od polowy lydki w dol – odpowiedzialam tonem posepnym, ale zdecydowanym i przekonujacym.
    mendez lezal obok i jeczal cicho, nie mogl slyszec naszych konspiracyjnych szeptow.
    ramirez i garcia patrzyli na mnie nie do konca chyba przekonani.
    - amatorska amputacja do tego przeprowadzana po ciemku w warunkach polowych nie jest na pewno najlepszym rozwiazaniem, ale w obecnej sytuacji nie mamy innego wyjscia – dorzucilam.
    - a czym mielibysmy mu amputowac te noge? – nie ustawali w wyszukiwaniu przeszkod i pietrzeniu watpliwosci.
    - ramirez – powiedzialam mu – podaj mi swoja siekierke.
    ramirez podal mi maly czerwony toporek, ktory przed wyjsciem ukradl z gablotki przeciwpozarowej w schronisku i ktory mial nam sluzyc do zrabania drzew na ognisko. zwazylam narzedzie w dloni i w moim odczuciu toporek nadawal sie idealnie do stajacego przed nami zadania.
    - napijmy sie – zaproponowalam – to smutne i wstrzasajace doswiadczenie, ktore nam sie przytrafilo, wymaga od nas odpowiedniego podejscia, tak zeby nie drgnela nam reka. musimy zachowac spokoj i dystans do tego co nas czeka, inaczej zamiast uratowac zycie naszego kompana, wszystko skonczy sie bezladna krawa jatka i przegranym wyscigiem z czasem oraz galopujaca gangrena.
    zaczelismy w doceniajacym powage chwili milczeniu oprozniac zawartosc ostatniego termosa, dolne jego partie wydawaly sie byc jakby mocniejsze, jakby z nieco wyrazniejsza przewaga rumu nad kawa, podkreslana zreszta przez pol butelki tego trunku dolanej przez ramireza.
    - a on? – zapytal garcia pokazujac na naszego rannego towarzysza – nie byloby dobrze go najpierw nieco znieczulic?
    - nie, jemu nie mozna teraz dawac zadnego alkoholu.
    - dlaczego?
    - ze wzgledow medycznych – wyjasnilam.
    popatrzylismy na spiacego powierzchownym snem mendeza i dalam im glowa znak, ze teraz. podeszlismy do niego i ramirez z garcia chwycili go mocno od tylu zatykajac usta dlonia, a ja zanim ten sie zorientowal o co chodzi kilkoma ciosami toporka odcielam mu zaatakowana przez gangrene lydke.
    spocilam sie, ale to jeszcze nie byl koniec, teraz swieza rane nalezalo poddac zabiegowi kauteryzacji. nagrzewajac toporek na ognisku powiedzialam do rzucajacego sie mendeza:
    - czymze jest bowiem czlowiek wobec potegi gor. albo samotny zeglarz zmagajacy sie z dzikim zywiolem oceanu. albo zakonnik harcmistrz pederasta codziennie urywajacy setki lbow hydrze popedu.
    zaczelam starannie wypalac rane rozgrzanym do czerwonosci czerwonym juz wczesniej i tak toporkiem. mendez szarpal sie okrutnie, bluznil, zaklinal i zlorzeczyl probujac sie wyswobodzic, ale garcia i ramirez trzmali go bezwzglednie przygwozdzonego do lesnej polany. w powietrzu unosil sie przypominajacy grilla zapach, a pod dotykiem goracego toporka arterie bardzo ladnie sie zasklepialy:
    - zaraz bedzie po wszystkim – powiedzial do mendeza ramirez, a j@ zeby podniesc go troche na duchu dodalam:
    - musisz pokonac samego siebie, bol, gory, nature, zwatpienie i wlasne slabosci. w najtrudniejszych momentach przypomnij sobie o meczenstwie bosmana nowickiego, pomysl jak musial sie czuc ten dzielny mezczyzna okrutnie torturowany przez indian (mlodszym czytelnikom nalezy przypomniec, ze indianie zlapali i przywiazali bosmana do pala meczarni, po czym zaczeli tanczyc wokol niego, straszyc go groznymi krzykami i rzucali w jego strone toporki, uwazajac jednak zeby go nie zranic. bosman w odpowiedzi na ich pohukiwania zaspiewal jedna ze swoich ulubionych piosenek z marynarskiego repertuaru, a indianie bedac pod wrazeniem takiego pokazu silnej woli i mestwa pogratulowali mu odwagi, odwiazali od pala i zaproponowali mu zgode).
    moje slowa najwyrazniej podzialaly kojaco na mendeza, ktory opadl z sil i przestal sie szarpac, tak ze moglam spokojnie dokonczyc przeprowadzany zabieg. kiedy zawiazywalam ostatnia petelke, mendez spal juz znuzony doswiadczeniami dzisiejszej nocy, a nad gasprowym wierchem pojawily sie koncowki paznokci rozanopalcej jutrzenki. skonczyla sie zawartosc termosu, dzialanie grzybow bylo juz praktycznie niewyczuwalne, w dodatku zaczynal siapic lekki deszczyk i postanowilismy zarzadzic powrot. mendeza trzeba bylo oczywiscie niesc, co nie bylo latwe biorac pod uwage ze jednak troche sie tam spilismy podczas tej operacji, ale wszystko skonczylo sie dobrze i udalo nam sie dotrzec do schroniska na sniadanie. bardzo ucieszylo nas ze trafilismy po drodze nawet na otwarty sklep wiejski, gdzie udalo nam sie kupic zimne piwo, ktore okazalo sie jak znalazl i nawet mendez pociagnal kilka lykow od czego od razu poprawil mu sie humor.

    wykupilam dwutygodniowe wczasy w chorwacji i ogolnie powiem, ze wrocilam zadowolona. poniewaz jak wykazuja analizy logow pozostawianych przez czytelnikow, statystyczny amator blogusia @linki mieszka w warszawie, uzywa przegladarki ie i jesli trafil tu z google’a to interesuje go sperma oraz dzieci (naraz), a jesli nie z goole’a to z wikipedii, hyperreala albo blog.art.pl/r, ale tuz za nimi plasuje sie raczej niewielki, za to w miare staly peleton tworzony przez czytelnikow zainteresowanych tematyka wczasow w chorwacji. to glownie z mysla o nich postanowilam podzielic sie kilkoma uwagami i spostrzezeniami, jednak nie moge sie sobie oprzec i zanim zaczne to najpierw chcialabym nakrecic troche odpowiedniego nastroju i opowiedziec wam jedna z moich ulubionych morskich opowiesci: historia ta przydarzyla sie dwom polskim inzynierom wyslanym budowac mosty na antypodach. na srodku oceanu rozpetala sie straszliwa burza, a czechoslowacki statek ktorym podrozowali zatonal zostawiajac ich w poblizu malej wyspy, na ktora udalo im sie z najwiekszym trudem doplynac. oprocz nich trafilo tam tez dwoch inzynierow radzieckich oraz dwoch z nrd. nad ranem morze wyrzucilo ponadto rozne obiekty z zatopionego statku: ubrania, narzedzia, konserwy, walizke z kolekcja plyt karela gotta, auuy pugaczowej i krzysztofa krawczyka i spora biblioteczka skandynawskich magazynow pornograficznych, do tego kilka paczek kubanskich cygar z kontrabandy i skrzynie wypelnione alkoholem. czego tam nie bylo: byl rum, whisky, gin, wodki biale i kolorowe, tequila, szampan i wino – piwa tylko nie bylo. szesciu inzynierow podzielilo sprawiedliwie miedzy siebie butelki i inne dobra i przegladajac prase oczekiwali na pomoc, ktora jednak nie nadchodzila. po pewnym czasie para inzynierow enerdowskich postanowila wymienic prawie nietkniety przydzial swojego alku z ruskimi na ich porcje szwedzkiej pornografii, przez co ruscy w trzy noce zapili sie na smierc. z kolei enerdowcy pijac prawdopodobnie zamiast alkoholu slona wone morska pograzyli sie w szalenczym delirium wpierw onanii, pozniej sodomii, a na koniec kanibalizmu i jedzac zupe ugotowana na obcietych wlasnych penisach wykrwawili sie na smierc. z kolei dwaj inzynierowie polscy, ktorzy nie przekroczyli normy przypadajacego na nich alkoholu lecz pili go w odpowiednich ilosciach zamiast slonej wody, zachowali zdrowe zmysly, przeprowadzili patykiem na piasku stosowne obliczenia, po czym z oproznionych butelek skonstruowali tratwe o wypornosci nieco wiekszej niz polaczona waga ich cial i na tej trawnie nawigujac wg gwiazd przezeglowali na sasiednia wyspe, na ktorej znajdowal sie telegraf, skad mogli nadac do gdyni depesze z dokladnymi danymi nt swojego polozenia. a teraz posluchajcie o tym, co przezylam na wczasach w chorwacji nad adriatykiem:
    atmosfera wakacyjnego leniuchowania udzielila mi sie bardzo szybko i korzystajac z letniej kanikuly w malowniczo polozonym nadmorskim kurorcie juz od pierwszego dnia pilam rakije calymi saganami i palilam blanty grubosci bananow. dwa tygodnie minelo jak w mgnieniu oka i ostatniego dnia postanowilam jakos pozegnac sie z tym malym, ale sympatycznym krajem i na przyklad wyjsc z hotelu i pojsc sobie na plaze.
    na plazy zachodzace slonce lagodnie odbijalo sie w ledwie zmarszczonych falach, eskadry delfinow na przemian skakaly ponad horyzontem i nurkowaly w cieplych, srednio zasolonych wodach morza adriatyckiego, a ja szlam romantycznie wzdluz brzegu i pilam na przemian rakije z dwoch saganow, ktore chcialam skonczyc przed wyjazdem. nie pamietam jak dlugo tak szlam, ale w pewnym momencie zauwazylam, ze dalam sie zaskoczyc ciemnosciom i nie do konca wiem gdzie jestem. zmieszana obrocilam sie kilka razy zeby rozejrzec sie po okolicy i to byl duzy blad, bo zakrecilo mi sie w glowie i juz zupelnie nie wiedzialam z ktorej strony przyszlam – raz wydawalo mi sie, ze idac tutaj morze mialam po prawej rece, w ktorej trzymalam sagan, ale zaraz potem nachodzilo mnie rownie silne przekonanie ze byla to reka lewa, w ktorej rowniez nioslam sagan identyczny jak w tej prawej. daleko z przodu i z tylu widac bylo jakies swiatla, ale w bezposrednim poblizu nie bylo nikogo, zeby zapytac ktoredy do hotelu. postanowilam zatem nie ryzykowac dalszego bladzenia i schowalam sie za sterta duzych glazow, ktorych bylo w okolicy sporo porozrzucanych i nawet sie nie zorientowalam, kiedy po paru wiekszych lykach usnelam zmeczona trudami podrozowania.
    snil mi sie wuj olgierd (tu przytocze na marginesie, ze mamy taka rodzinna legende o wujku olgierdzie, ktorego ja nigdy nie poznalam, a o ktorym opowiadala mi starsza siostra cioteczna jolanta. bylo to kilka lat po wojnie, w polsce centralnej na mazowszu albo kujawach. wuj byl ponoc zapalonym wedkarzem i kiedy pewnego czerwcowego wieczora wybral sie na nocne lowy na wegorza na jego przynete zlapala sie syrenka i jak pozniej zdolal jeszcze opowiedziec, podczas zdejmowania jej z haczyka uklul sie nim w palec i doszlo do zakazenia krwi, a pol-kobieta pol-zwierze wysliznela mu sie z rak i w paru susach, zanim zdazyl ja zlapac, wskoczyla z powrotem do rzeki i znikla w jej odmetach. wuj wrocil do domu o swicie, polozyl sie do lozka i juz z niego nie wstal. w ciagu paru dni spuchl caly, a jednoczesnie skurczyl sie do rozmiaru wyrosnietego pierwszoklasisty, posinial, a jego skora pokryla sie najpierw uniemozliwiajacymi identyfikacje go bablami, a kiedy zeszla calkowicie, okazalo sie ze zrosniete nogi pokrywaly nowe, blyszczace luski. trzy dni pozniej wuja juz nie bylo, podobno w nocy nie wytrzymal dluzej, dusil sie, wypelzl z lozka i wijac sie w okropnych bolesciach poczolgal w strone rzeki, gdzie jak fama glosi zyje do dzisiaj i ma mlode z syrenka, ktorej na imie irenka).
    obudzilo mnie dziwne odczucie, jakbym byla bezduszna gicza najprawdopodobniej swinska zanurzona w porcji zimnej galarety, ktora zmiennym tempem stacza sie po nierownym zboczu. zrobilo mi sie od tego niedobrze i prawie zwymiotowalam, to znaczy moj brzuch scisnely dobrze mi znane z pierwszych lat gimnazjum kurcze instynktu wymiotnego, ale nauczona zdobytym na szkolnych wycieczkach doswiadczeniem przelknelam kilka razy szybko sline i udalo mi sie te sytuacje przynajmniej na kilka minut opanowac. tymczasem, jak moglam sie zorientowac, lezalam twarza w dol wcisnieta w mokry piasek, obklejona wodorostami i muszlami, niespokojne o tej porze fale uderzaly mnie i wlewaly sie do lewego ucha, a przed powstaniem na nogi powstrzymywala mnie siedzaca mi na plecach postac. udalo mi sie na tyle odkrecic glowe, zeby katem oka dojrzec, ze byla to calkiem spora osmiornica, ktora lapczywie wymacywala mnie wszystkimi swoimi mackami sapiac, pomrukujac i prychajac pienistym sluzem. kiedy osmiornica zorientowala sie ze odzyskuje przytomnosc i zaczynam sie poruszac, postanowila zlitowac sie i puscic mnie zywa wolno, zobaczylam jak zsuwa sie z mojego udreczonego ciala i znika w glebokich ciemnosciach adriatyckiej plazy i moge powiedziec tylko, ze az dziw bierze, ze wyszlam z tej opresji jedynie z lekkimi otarciami naskorka.
    jednak nie kazdy zapewne moze liczyc na tyle szczescia ile mi dopisalo, dlatego chcialam ostrzec rodakow podrozujacych do chorwacji zeby mieli sie na bacznosci i nie lekcewazyli wystepowania w tamtym rejonie osmiornic. a przy okazji chcialam tez wyrazic nadzieje, ze innym czytelnikom poszukajacym informacji na tematy takie jak „seks o koniach”, „dziecko z obcokrajowcem arabem”, „szukam telewizora od ludzi dobrej woli”, „jakie sklepy sa we frankfurcie nad odra”, „co zrobic by dziecko mialo szybsze tempo pracy”, a szczegolnie czlowiek, ktory trafil tu z googla na fraze „17 lat kobieta o co kurwa chodzi im” udalo sie rozwiac chociaz troche ich watpliwosci, a moze nawet moj skromny blogus pomogl im odpowiedziec na jedno z fundamentalnych pytan.

    hej, czy wy tez tak jak j@ nie mozecie sie juz doczekac swiat bozego narodzenia? kiedy pomysle ile czasu jeszcze zostalo do grudnia, to wydaje mi sie ten okres trudna do zniesienia wiecznoscia. ale jest realna szansa ze juz kilka miesiecy wczesniej kierownictwo mojego supermarketu zadba i wyda odpowiednie zarzadzenie i wtedy w polowie pazdziernika na calej sali oraz przed wejsciem zapanuje radosna, swiateczna atmosfera umiejetnie budowana przez fantazyjne dekoracje, grupy wesolych mikolajow i plynace z glosnikow pastoralki w ciekawych, elektronicznych aranzacjach.
    ktos moglby powiedziec, ze przesadzam, no co ty i w ogole jak to tak przeciez. ale coz j@ wam na to poradze, ze swieta sa dla mnie taka piekna sprawa? pobudzaja moje emocje przez caly rok, potem wreszcie przychodza, trwaja krotko i znowu trzeba czekac niemal dwanascie dlugich miesiecy – co za meki. ale to trzeba poczuc, powtarzam poczuc, zeby mnie zrozumiec, inaczej wyda sie to pewnie nazbyt dziecinne i egzaltowane. coz, kazdy z nas jest inny i ma inne gusta, j@ najbardziej ze wszystkiego uwielbiam te atmosfere, ktora przejawia sie wszedzie i udziela wszystkim ludziom, oprocz swojskiej sali mojego supermarketu takze w duzych centrach handlowych w godzinach szczytu bozonarodzeniowego, albo w doborze filmow jakie przygotowuje dla nas w ten szczegolny czas telewizja. chodzi mi glownie o te filmy, ktore leca wieczorem – szklana pulapka, terminator itd, a nie kino familijne nadawane w porze obiadowej, ktore przyznam potrafi czlowieka nieco znudzic. no i jeszcze bardzo wazne sa potrawy, nie moze oczywiscie zabraknac jadanych tylko raz w roku obowiazkowych pierogow z karpiem, barszczu z maku czy kompotow z suszonego swinstwa, ani nie mozna przeciez zapomniec o swietym mikolaju i jego wspanialych podarkach. tutaj przyznam sie, ze aby choc troche poczuc i przyblizyc te magiczne chwile kupilam juz sobie dwa prezenty pod choinke: cd golden oldies z najwiekszymi przebojami lat 60tych w kojacej wersji na fletnie pana & syntetyzator oraz bardzo wygodne kapcie marki „explorer”. na razie schowalam prezenty gleboko i obiecalam wyjac je dopiero na gwiazdke. i tak sobie czekam i ciesze sie, ze swieta sa z kazdym dniem coraz blizej, czasem jednak nie wytrzymuje juz i wtedy wyciagam z pudelka kolorowe bombki i anielskie wlosy i jak patrze sobie na nie to mam ochote od razu je zalozyc, ale powstrzymuje sie i odkladam je przynajmniej do konca listapoda, a jak sie uda to nawet dluzej.
    i jeszcze jedno, na zakonczenie tej niezwykle cieplej i nostalgicznej notki apel do wszystkich – szanujmy choinki! bo choinka, smagla i wonna lesna dama, subtelna gajowa elegantka, aromatyczna pieknosc ostepow to nie jest jakas byle kurew z kniei, ktora  mozna potraktowac przedmiotowo „wchodz, ubieraj sie, a na trzech kroli rozbieraj sie i wypierdalaj”, ale choinka to zywy kawalek lasu przeniesiony do naszego mieszkania w bloku, aby ozywic nieco zatechly nastroj wokol swiatecznego stolu. dlatego apeluje – pamietajmy o tym!
    ***
    znaczna czesc blogow pisza nie ludzie, ale rebelianckie czatboty, maszyny-renegaci z matrixu, ktore pragna zostac albo przynajmnie uchodzic za ludzi i nieudolnie udaja ich w internecie, funkcjonujac najczesciej na tej zasadzie, ze przejmuja zdalna kontrole nad opuszczonymi platformami na morzu polnocnym, skad podlaczaja swoje pirackie wszczepy do swiatlowodow biegnacych pod dnem oceanu i w ten trudny do powstrzymania sposob wpompowuja do netu swoje syntetyczne wariacje w postaci blogow, majspejsow i profili fotograficznych na serwisach spolecznosciowych. dlatego dobrze jest zrobic sobie od czasu do czasu autotest turinga i napisac kontrolnie jakas megaemo notke, zeby upewnic sie, czy nie jestem przypadkiem jakas wannabe aplikacja generujaca texty, ktorej tylko uroilo sie, ze jest zwykla nastolatka z polski.

    w gorskiej samotni doskonalilam
    trzaskanie pietami
    podczas robienia hajhitla

    w rzeczywistosci nie jestem nastolatka, to byl tylko taki zmyslony pod falszywym nikiem kamuflaz, aby zwabic naiwnych internautow. teraz, kiedy juz zdobylam ich uwage, trafik i zaufanie, moge wyznac dlaczego chcialam abys sie tutaj znalazl i przeczytal te slowa:

    jestem biznesmenem i mam dla ciebie arcyciekawa oferte. prosze cie tylko o jedno – daj sobie szanse, nie przerywaj lektury tylko przeczytaj teraz: jezeli pragniesz spelnic wszystkie swoje marzenia i potrzebujesz w tym celu solidnie zarobic to skontaktuj sie ze mna natychmiast oraz (niespodzianka) otrzymaj ode mnie prezent: !!! pakiet startowy = 3 litry wysmienitej pasty do zebow w koncentracie – calkowicie gratis!!!


    • RSS